Ta wariacka podróż odbyła się niemal tak przyjemnie, jak się spodziewałem, ale niezupełnie w ten sposób; mimo bowiem iż fontanna zabawiła na chwilę po karczmach gospodynie i dziewczęta, niemniej na odchodnym trzeba było płacić rachunek. Ale to nas nie trapiło; chowaliśmy sobie ten środek ratunku dopiero na chwilę ostateczną, kiedy będzie kuso z pieniędzmi. Przypadek oszczędził nam tego kłopotu: fontanna stłukła się, a był już czas, czuliśmy bowiem, nie śmiejąc sobie tego wyznać, że zaczynała nas nudzić. To nieszczęście przydało podniet naszej wesołości; śmialiśmy się serdecznie sami z siebie, iż w roztrzepaniu naszym zapomnieliśmy, że ubrania i trzewiki zużyją się z czasem, lub spodziewaliśmy się je odnowić za pomocą swojej fontanny. Wędrowaliśmy teraz dalej, równie wesoło i bez troski jak z początku, ale zmierzając prostszą drogą ku celowi, który wobec coraz większego wychudzenia sakiewki, trzeba było sobie wreszcie naznaczyć.

Zbliżając się do Chambéry, zacząłem być niespokojny, nie dla głupstwa, które uczyniłem, nikt bowiem równie dobrze i szybko jak ja nie załatwiał się z przeszłością, ale na myśl o przyjęciu, jakie mnie czeka u pani de Warens. Uważałem jej dom najzupełniej za swój dom rodzinny. Doniosłem jej o miejscu u hrabiego de Gouvon; wiedziała, na jakiej stopie tam jestem; winszując mi, udzieliła mi roztropnych przestróg co do sposobu odwdzięczenia się za okazywaną dobroć. Uważała mój los za zapewniony, o ile go nie zburzę własną dłonią. Cóż powie teraz na mój nagły powrót? Nie przyszło mi nawet na myśl, że mogłaby mi zamknąć drzwi, ale bałem się jej zmartwienia, lękałem się wymówek okrutniejszych dla mnie niźli nędza. Postanowiłem ścierpieć je w milczeniu i uczynić wszystko, aby ją ułagodzić. W całym świecie nie widziałem nic poza nią: żyć z jej niełaską, było mi wprost niepodobieństwem.

Co mnie najbardziej niepokoiło, to mój towarzysz; nie chciałem jej obarczać na dobitkę tym ciężarem, a lękałem się, że niełatwo przyjdzie mi się go pozbyć. Przygotowałem rozstanie, zachowując się ostatniego dnia dość zimno. Urwis odgadł mnie; był bardziej postrzelony niż głupi. Myślałem, że go dotknie moja niestałość. Byłem w błędzie, imć Bâcle nie troszczył się o takie drobnostki. Ledwie, dotarłszy do Annecy, wkroczyliśmy w bramy, rzekł: „Jesteś tedy w domu”, uściskał mnie, pożegnał, zakręcił się na pięcie i znikł. Nigdy o nim nie słyszałem więcej. Znajomość nasza i przyjaźń trwały wszystkiego około pięciu tygodni, ale następstwa będą trwać póki mego życia.

Jakże mi biło serce, kiedy zbliżałem się do domu pani de Warens! Nogi drżały pode mną, oczy zachodziły mgłą, nie widziałem, nie słyszałem nic, nie byłbym poznał nikogo. Musiałem się zatrzymywać kilkakrotnie, aby odetchnąć i odzyskać zmysły. Czy to może obawa, że nie znajdę u niej potrzebnej pomocy, tak mnie wzruszała? Czyż w tym wieku obawa głodowej śmierci napełnia takim przestrachem? Nie, nie; stwierdzam to z równą szczerością jak dumą, nigdy, w żadnej dobie życia nadzieja korzyści lub obawa niedostatku nie zdołały przejąć mego serca radością lub lękiem. W ciągu mego życia, tak niespokojnego i upamiętnionego tyloma błędami, często bez dachu i chleba, zawsze jednako spokojnym okiem patrzałem na nędzę i dostatek. W potrzebie byłbym zdolny kraść albo żebrać jak każdy inny, ale nie troskać się, iż popadłem w tę ostateczność. Mało ludzi tyle cierpiało co ja, niewielu tyle wylało łez w życiu; ale nigdy ubóstwo ani jego obawa nie wydarły mi z piersi jednego westchnienia, z oka jednej łzy. Dusza moja, w próbach losu, widziała swoje dobro i zło jedynie w rzeczach, które nie zależą od niego. Wówczas właśnie, kiedy mi niczego nie brakło do życia, czułem się najnieszczęśliwszym ze śmiertelnych.

Ledwie stanąłem przed panią de Warens, widok jej uspokoił mnie. Zadrżałem na dźwięk jej głosu. Rzucam się jej do stóp i w uniesieniu najżywszej radości przyciskam usta do jej ręki. Nie wiem, czy miała o mnie jaką wiadomość; w twarzy jej wyczytałem niewiele zdumienia, a już gniewu wcale. „Biedny mały! — rzekła pieszczotliwie. — Już z powrotem? Wiedziałam, że za młody jesteś na tę podróż. Rada jestem przynajmniej, że nie obróciła się tak źle, jak się obawiałam”. Następnie kazała mi opowiedzieć mą historię, która nie była zbyt długa. Opowiedziałem wszystko wiernie, pomijając co prawda niektóre szczegóły, ale zresztą187 nie oszczędzając się ani uniewinniając.

Nasunęła się kwestia noclegu. Naradziła się z panną służącą. Nie śmiałem oddychać w czasie tej narady; ale, gdy usłyszałem, że będę nocował pod jej dachem, trudno mi było powściągnąć radość. Patrzałem jak niesiono moje zawiniątko do pokoju, który mi był przeznaczony, tak mniej więcej jak Saint-Preux, kiedy wyprzęgają u pani de Wolmar188 jego dyliżans. Na domiar szczęścia dowiedziałem się, iż łaska ta nie będzie przelotna; na pozór nie słuchając i niby zajęty czym innym, usłyszałem, jak pani de Warens rzekła: „Niech gadają, co chcą, ale skoro Opatrzność mi go odsyła z powrotem, zdecydowana jestem go nie opuścić”.

Znalazłem się tedy w jej domu. Pobyt ten to nie był jeszcze ów, od którego liczę szczęśliwe dni mego życia, ale przyczynił się do przygotowania tamtego. Mimo iż owa wrażliwość serca, której zawdzięczamy poczucie naszego szczęścia, jest dziełem natury, a może wytworem organizacji, potrzebuje ona okoliczności, które by ją rozwinęły. Bez tych okolicznościowych przyczyn człowiek z urodzenia wrażliwy nie doznałby żadnych wzruszeń i umarłby, nie poznawszy nic ze swego jestestwa. Takim mniej więcej byłem dotąd; takim może byłbym został na zawsze, gdybym nie poznał pani de Warens albo gdybym, nawet poznawszy ją, nie żył obok niej dość długo, aby nasiąknąć słodkim nawykiem tkliwości, jaką we mnie obudziła. Nie waham się rzec, że kto zna tylko miłość, temu nieznane jest najsłodsze, co istnieje w życiu. Znam inne uczucie, mniej gwałtowne może, ale tysiąc razy bardziej rozkoszne, które niekiedy łączy się z miłością, a często jest od niej odrębne. Uczucie to — to nie jest też sama przyjaźń. Jest bardziej upajające, tkliwsze i nie wyobrażam sobie, aby mogło istnieć w stosunku do osoby tej samej płci. Ja przynajmniej, choć zdolny do przyjaźni jak mało kto w świecie, nie doznawałem go nigdy dla żadnego z przyjaciół. To, co mówię, nie jest dość jasne, ale stanie się jaśniejsze w dalszym ciągu: uczucia można opisać jedynie w ich działaniu i skutkach.

Pani de Warens zamieszkiwała domostwo stare, ale dość obszerne, posiadające między innymi piękny, obszerny pokój, z którego uczyniła rodzaj salonu; tam właśnie mnie pomieszczono. Pokój ten wychodził na dróżkę, o której mówiłem, miejsce naszego pierwszego spotkania; za strumieniem i ogrodami ciągnęły się pola. Widok ten nie był dla młodego lokatora rzeczą obojętną. Pierwszy raz od czasów Bossey widziałem za oknami zieloność. Zawsze uwięziony w murach, miałem przed oczyma jedynie dachy albo szarzyznę ulic. Jakże ta nowość zdała mi się rozkoszna i słodka! Mnożyła ona wielce moje roztkliwienie. Uroczy krajobraz stawał się w mych oczach jeszcze jednym dobrodziejstwem drogiej opiekunki. Zdawało mi się, że umieściła go tam umyślnie dla mnie. Czułem rozkosz znajdowania się w jej pobliżu, widziałem ją wszędzie wśród kwiatów i zieloności; jej uroki i urok wiosny zlewały się w mych oczach w jedno. Serce moje, dotąd zduszone, czuło się wolniejsze w tej przestrzeni, westchnienia moje płynęły swobodniej w tę zieleń.

Nie było u pani de Warens wspaniałości, jakie widziałem w Turynie; ale była schludność, przystojność i patriarchalny dostatek, które nigdy nie idą w parze z przepychem. Miała niewiele sreber, porcelany wcale, nie miała zapasów dziczyzny w spiżarni ani zagranicznych win w piwnicy; ale i jedna, i druga dobrze były zaopatrzone dla użytku wszystkich, a w filiżankach z fajansu podawała doskonałą kawę. Ktokolwiek wstąpił w jej dom, zaproszony był na obiad z nią albo u niej, i nigdy żaden robotnik, posłaniec albo przechodzień nie wyszedł nie nakarmiony albo nie napojony. Służbę jej stanowili: pokojowa, dość ładna dziewczyna z Fryburga, nazwiskiem Merceret; służący z jej stron rodzinnych, Klaudiusz Anet, o którym będzie mowa w dalszym ciągu; kucharka i dwaj najemni tragarze, gdy udawała się w lektyce w odwiedziny, co zdarzało się rzadko. Był to dość wielki dwór na dwa tysiące franków renty; ale i ten dochodzik przy dobrym gospodarstwie189 mógł był starczyć na wszystko, w kraju, gdzie ziemia jest dobra, a pieniądz rzadki. Nieszczęściem, oszczędność nigdy nie była jej cnotą: zadłużała się, płaciła procenty, pieniądz przemykał przez ręce i rozchodził się nie wiadomo gdzie.

Sposób prowadzenia domu był właśnie taki, jaki ja sam byłbym wybrał; można się domyślić, że korzystałem zeń z przyjemnością. Mniej mi się podobało to, że trzeba było długo siedzieć przy stole. Pani de Warens z trudnością znosiła pierwszy opar zupy i potraw; zapach ten przyprawiał ją niemal o omdlenie, a uczucie odrazy trwało długo. Powoli przychodziła do siebie i rozmawiała, nic nie biorąc do ust. Ledwie po jakiej półgodzinie próbowała pierwszego kąska. Byłbym przez ten czas trzy razy uporał się z obiadem; dawno skończyłem posiłek, gdy ona jeszcze nie zabrała się do swego. Zaczynałem na nowo dla towarzystwa; w ten sposób jadłem za dwóch, co mi nie wychodziło na szkodę. Słowem, oddawałem się całym sobą słodkiemu uczuciu dobrobytu, jakiego doznawałem przy niej, ile że dobrobytu tego nie mącił wówczas żaden niepokój o jego środki. Nie będąc powiernikiem jej interesów, mniemałem, iż zawsze dom będzie mógł iść tym trybem. Później zażywałem w jej domu tych samych słodyczy; ale bardziej świadom położenia i wiedząc, że te wydatki zjadają na pniu dochody, nie smakowałem już w nich z takim spokojem. Przewidywanie zawsze niweczyło we mnie rozkosz użycia. Poza tym, odgadywanie przyszłości na nic mi się nie zdało w życiu; nigdy nie zdołałem jej uniknąć.