Rousseau otwiera oczy współczesnych na przyrodę; co więcej, zadzierzguje związki między nią a sercem człowieka, każe jej współżyć z jego życiem, śmiać się z jego radością, płakać z jego smutkiem. Przyroda przemawia do tej muzycznej organizacji całą gamą tonów; dusza tego „dzikiego”, którego pierwszych trzydzieści lat było wpółsenną — mimo iż ruchliwą — wegetacją, drga zgodnie z jej pulsem. I to zostanie mu na całe życie20. Daremnie będzie się silił przedzierzgnąć w paryżanina, w salonowca: natura ciągnie go, dosłownie, jak wilka do lasu: „Nie umiałem nigdy — pisze w swoich wspomnieniach z Pustelni — pisać i myśleć swobodnie inaczej, jak tylko sub dio21. Liczyłem na to, iż las Montmorency, dochodzący nieomal do moich wrót, będzie mi odtąd gabinetem do pracy”. I nie wystarcza mu na to sztuczna, wystrzyżona, wyperfumowana „natura”, w jakiej jego mecenasi szukają letnich wywczasów; nie, jemu trzeba prawdziwej, chłopskiej wsi:

Byłem tak znudzony salonami, wodotryskami, strzyżonymi trawnikami, klombami i jeszcze bardziej nudnymi gospodarzami tego wszystkiego; tak przesycony broszurami, klawikordem, tryktrakiem, „węzełkami”, mizernymi dowcipkami, mdłym mizdrzeniem się, lekkimi opowiastkami i ciężkimi kolacjami, że kiedy zerknąłem przelotnie na prosty krzak głogu, na chaszcze, spichlerz, łąkę; kiedy przejeżdżając przez jakieś sioło, zaciągnąłem się parą dobrego omleta z trybulką; kiedy słyszałem z daleka prostą nutę piosenki pasterskiej — słałem do diabła i róż i falbanki, i ambrę...

Te słowa zamykają i grzebią dwuwiekowy blisko okres kultury francuskiej; genialny cham, dopuszczony do biesiady wytwornych państwa, napluł im w ich blanc-manger22 tak solennie, że stało się niepodobne do jedzenia. Krzykiem generacji następującej bezpośrednio po nim, niezdolnej jeszcze do stworzenia nowych form, ale do szczętu zbrzydzonej dawnymi, będą Listy panny de Lespinasse.

Z końcem pierwszej części Wyznań rozstaliśmy się z Janem Jakubem Rousseau w chwili, gdy w wieku bliskim lat trzydziestu opuszcza ostatecznie wpółmacierzyńskie objęcia pani de Warens23, aby odtąd już samoistnie szukać sobie drogi życia na szerokim świecie. Przybywa do Paryża (1741), aby przedstawić Akademii projekt nowego klucza muzycznego; klucz okazuje się nieszczególny, ale bądź co bądź otwiera mu drzwi do wielu wpływowych domów i pomaga zadzierzgnąć cenne na przyszłość stosunki. Dzięki nim muzyk Rousseau zostaje nagle... sekretarzem ambasadora francuskiego w Wenecji. Nieporozumienia z tym dostojnikiem, jeszcze mniej kompetentnym do wykonywania swego urzędu niż jego sekretarz, wypędzają Russa z powrotem do Paryża, gdzie dalej uprawia z coraz większym rozgłosem muzykę, sekretarzuje w znacznym domu finansisty, pisuje liche komedyjki oraz artykuły dla Encyklopedii, z której redaktorami wchodzi w zażyłość. Zawiązuje wolne stadło24 z nieokrzesaną dziewczyną, Teresą Levasseur i ma z nią pięcioro dzieci, które bez wyjątku oddaje do domu podrzutków. Przypadkowo wpada mu w ręce konkursowe zagadnienie Akademii w Dijon: „Czy rozwój sztuk i nauk przyczynił się do skażenia czy oczyszczenia obyczajów?” i pewnego ranka budzi się najgłośniejszym człowiekiem w Paryżu. „Wrażenie niebotyczne, porywające — donosi mu Diderot po wydaniu drukiem rozprawy — nie było przykładu podobnego tryumfu”.

Rozprawa ta, pamflet przeciwko cywilizacji, rozstrzyga nie tylko o dalszej twórczości, ale i o życiu pisarza. Rousseau nigdy nie umiał się dostroić do tonu „dobrego towarzystwa”, chwyta tedy tę sposobność, aby uczynić ze swoich braków cnotę, dociąga praktykę do teorii, porzuca puder, szpadę i żaboty25, staje się rodzajem paryskiego Diogenesa26:

Byłem w istocie przeobrażony; przyjaciele, znajomi nie poznawali mnie. Nie byłem już tym człowiekiem nieśmiałym, raczej wstydliwym niż skromnym, który nie umiał się ani pokazać, ani odezwać; którego żartobliwe słówko zbijało z tropu, spojrzenie kobiety przyprawiało o rumieniec. Śmiały, dumny, nieustraszony, wnosiłem wszędzie pewność siebie tym bardziej nieugiętą, iż była prosta i mieszkająca raczej w mej duszy niż w postawie. Wzgarda, jaką głębokie rozmyślanie obudziło we mnie dla obyczajów, zasad i przesądów epoki, czyniła mnie nieczułym na szyderstwa tych, którzy je wyznawali: dławiłem ich mizerne koncepty moimi sentencjami, tak jak się gniecie owada w palcach. Jaka odmiana! Cały Paryż powtarzał ostre i gryzące sarkazmy tegoż samego człowieka, który dwa lata przedtem i dziesięć lat potem niezdolny był znaleźć myśli, którą chciał wyrazić, ani słowa, którego chciał użyć...

Na prośby gorącej wielbicielki, żony finansisty, pani d’Épinay, Rousseau wraz ze swą towarzyszką i jej matką przenosi się do zbudowanej dlań Pustelni. W pierwszym upojeniu tym rozkosznym pobytem czuje się przepełniony miłością bez przedmiotu, która wciela się w koncepcję Nowej Heloizy. Niebawem pierwsza spotkana kobieta ucieleśnia dlań tę miłość w realnej postaci i staje się równocześnie natchnieniem poczętego dzieła. Osobą tą była hrabina d’Houdetot, kuzynka pani d’Épinay, a kochanka nieobecnego wówczas Saint-Lamberta. I znowuż powtarza się w życiu Jana Jakuba tak ulubiony mu tercet, tym razem w odmiennej postaci:

...niesłusznie mówię „miłość niepodzielana”; ukochana moja podzielała ją; miłość była równa z obu stron, mimo iż nie była wzajemna. Byliśmy pijani miłością oboje: ona dla swego kochanka, ja dla niej; westchnienia nasze, nasze rozkoszne łzy zlewały się razem. Byliśmy wzajem dla siebie parą tkliwych powierników, uczucia nasze były tak pokrewne, iż niepodobnym było, aby się nie schodziły poniekąd. Wszelako w samej pełni tego niebezpiecznego odurzenia ona nigdy nie zapomniała się ani na chwilę; ja zaś zaklinam się, przysięgam, iż jeżeli, oszaleniony niekiedy zmysłami, kusiłem się przywieść ją do niewierności, nigdy tego naprawdę nie pragnąłem...

Miłość ta, która dla jego partnerki była, zdaje się, kwestią próżnostki kobiecej i zapełnienia czasu, wciągnęła Jana Jakuba w sieć intryg i nieporozumień kobiecych i literackich, w następstwie których rozgoryczony, chory opuszcza Pustelnię. Osiada w Montmorency, żyje tam kilka lat spokojnie (1757–1762), aż do chwili gdy ogłosiwszy drukiem Umowę społeczną i Emila i uchodząc przed pościgiem władz, jaki nań ściągnęły te dzieła, chroni się do Szwajcarii. Opis tułaczki po ziemi helweckiej27, która okazała się nader niegościnną dla swego wielkiego syna, zamyka drugą część Wyznań.

O ile pierwsza część, poświęcona wrażeniom i marzeniom młodości, mniej lub więcej upoetyzowanym, mogła się obejść bez szczególnego komentarza, o tyle ta druga, w której Jan Jakub wchodzi w styczność z życiem rzeczywistym, opisuje je zaś pod kątem stanowczo rozwijającej się w nim manii prześladowczej, wymaga kilku słów objaśnienia. Docieczenie prawdy w sprawach tyczących życia Russa i ujęcie ich w trafnym oświetleniu nie jest bynajmniej rzeczą łatwą. Proces pisarza, który on sam rozpoczął swoim samooskarżeniem i apologią zarazem, daleki jest od ukończenia. Mało jest artystów i myślicieli, których by sława — za życia i po śmierci — przechodziła takie falowania i wywoływała tak jaskrawe kontrowersje. Za życia, o ile Rousseau miał, to prawda, namiętnych wrogów (nie tylu i nie w tym stopniu jak sam mniema), o tyle miał i fanatycznych wielbicieli. Kult ten spotęgował się jeszcze w pierwszym okresie po śmierci pisarza, kiedy wiele jego idei czy szaleństw zaczęło się wcielać w czyn, a płomienna jego dialektyka stała się pierwowzorem republikańskiej wymowy. W miarę jednak jak z biegiem lat aktualność ideowa Russa zaczyna przechodzić do historii, a dzieło jego trwa nadal już w dziedzinie literatury, bierze górę, odnośnie do tego autora, coraz większa reakcja, oparta przede wszystkim na łatwo dającej się wyczuć żywiołowej antypatii.