Starać się skupić uwagę młodych ludzi na to, co im się ma do powiedzenia, ukazując im na końcu bardzo dla nich interesujący przedmiot — to nonsens częsty u pedagogów, którego ja sam nawet nie uniknąłem w Emilu. Młody człowiek, uderzony celem, który mu ktoś pokazuje, zajmuje się jedynie nim i skacze równymi nogami przez wstępne wywody, aby pędzić tam, gdzieście go chcieli zawieść zbyt wolno w stosunku do jego pragnień. Pani de Warens z właściwą jej systematycznością umyśliła przez ostrożność (bardzo czczą zresztą), postawić mi warunki; ale skoro tylko ujrzałem ich cenę, nie słuchałem nawet, zgodziłem się na wszystko. Wątpię, aby w podobnym wypadku znalazł się mężczyzna dość szczery albo dość odważny, aby się targować w takiej chwili, jak również czyby się znalazła kobieta, która by mu to przebaczyła. Ciągnąc dalej te dziwaczne pertraktacje, mamusia obciążyła nasz układ niezmiernie poważnymi formalnościami i dała mi do namysłu cały tydzień, jakkolwiek zapewniałem ją obłudnie, że mi go nie trzeba. Faktem jest, na domiar tych wszystkich osobliwości, iż wielce byłem rad z odwłoki300, tak mnie oszołomiła nowość tej myśli i tak bardzo potrzebowałem czasu, aby uporządkować nagły przewrót dotychczasowych uczuć i pojęć.
Pomyśli ktoś, że ten tydzień musiał mi się wydać wiekiem. Wręcz przeciwnie: pragnąłem, aby nim w istocie był. Nie wiem, jak opisać stan, w którym się znajdowałem, pełen dziwnego przerażenia skojarzonego z niecierpliwością, pełen obawy i pragnienia razem. Dochodziło do tego, iż chwilami całkiem na dobre szukałem w głowie jakiegoś przyzwoitego sposobu uniknięcia szczęścia, które mnie czekało. Proszę sobie wyobrazić mój gorący i zmysłowy temperament, mą kipiącą krew, serce pijane miłością, moje siły, zdrowie, młodość. Proszę pomyśleć, że w tym stanie, dręczony nieustannie pragnieniem kobiety, nie poznałem jeszcze żadnej; że wyobraźnia, potrzeba, ambicja, ciekawość, jednoczyły się, pożerając mnie żądzą osiągnięcia pełnej męskości i złożenia jej dowodów. Proszę dodać zwłaszcza (tego przede wszystkim nie trzeba zapominać), że moje przywiązanie do mamusi nie tylko nie ostygło, ale zwiększało się z każdym dniem; że czułem się dobrze tylko przy niej, a jeśli się od niej oddalałem, to tylko po to, aby myśleć o niej; że miałem serce pełne nie tylko jej dobroci, jej miłego charakteru, ale jej kobiecości, postaci, osoby, słowem jej, na każdy sposób, w jaki kobieta może być komuś droga. I proszę sobie nie wyobrażać, iż tych dziesięć czy dwanaście lat różnicy między nami odgrywało jakąś rolę i postarzało ją w mych oczach. Od pięciu czy sześciu lat, gdy na jej pierwszy widok doznałem tak słodkich wzruszeń, zmieniła się w istocie bardzo mało, a w moich oczach wcale. Była zawsze urocza dla mnie, a była nią jeszcze dla wszystkich. Kibić jedynie zaokrągliła się nieco. Poza tym te same oczy, ta sama płeć, ten sam biust, rysy, te same piękne włosy blond, ta sama wesołość, wszystko, aż do głosu, tego srebrnego młodzieńczego głosu, który zawsze na mnie wywierał takie wrażenie, że dziś jeszcze nie mogę bez wzruszenia usłyszeć świeżego głosu dziewczęcia.
Naturalną tedy obawą w pewności posiadania osoby tak mi drogiej byłby lęk, iż nie zdołam doczekać tej chwili i nie zdołam zawładnąć zmysłami i wyobraźnią tak, aby zostać panem samego siebie. Ujrzy czytelnik, jak w swoim czasie, w późnych latach, sama myśl o nieznacznych łaskach, które mnie czekały od ukochanej osoby, rozpalała mi krew do tego stopnia, iż niepodobna mi było przebyć bezkarnie kawałka drogi, który dzielił mnie od niej. Jakim sposobem, jakim cudem teraz, w kwiecie młodości, tak mało kwapiłem się do tej pierwszej słodyczy? Jak to się działo, iż zbliżającej się godziny oczekiwałem raczej z uczuciem przykrości niż szczęścia? W jaki sposób miast przedsmaku rozkoszy, który powinien był mnie upajać, czułem niemal obawę i niechęć? Nie ma wątpliwości, iż gdybym mógł się umknąć, bez jej obrazy, swemu szczęściu, byłbym to uczynił z całego serca. Przygotowałem czytelnika na niezwykłości w dziejach mego przywiązania do niej; oto jedna, której najmniej by się pewnie spodziewano.
Czytelnik, już zgorszony zapewne, osądzi, iż należąc do innego mężczyzny, poniżała się w mych oczach tym podziałem, że uczucie pewnej wzgardy studziło inne uczucia; myli się. Podział ten, to prawda, sprawiał mi okrutny ból, tak przez zupełnie naturalną wrażliwość, jak i dlatego, że w istocie uważałem go za dość niegodny i jej, i mnie; ale co się tyczy uczuć, nie wpływał na nie zgoła. Mogę przysiąc, że nigdy nie kochałem mamusi tkliwiej niż wówczas, gdy tak mało pragnąłem ją posiadać. Nadto znałem jej czyste serce i lodowaty temperament, aby przypuszczać na chwilę, iż zmysły mogą odgrywać u niej jakąś rolę w tym oddaniu. Byłem pewny, że jedynie chęć ocalenia mnie od niebezpieczeństw, inaczej prawie nieuchronnych, a zachowania mnie całego dla mnie i dla mych obowiązków, była przyczyną, że sama się godziła naruszyć obowiązek, na który zresztą, jak później będę miał sposobność wykazać, patrzyła odmiennie niż inne kobiety. Litowałem się nad nią i litowałem się nad sobą. Byłbym chciał jej rzec: „Nie, mamusiu, nie trzeba, i bez tego ręczę ci za siebie”. Ale nie śmiałem. Po pierwsze, rzecz nie jest z tych, które się mówi; a po wtóre, w głębi czułem, że to nieprawda i że w istocie tylko kobieta może mnie uchronić od innych kobiet i ustrzec od pokus. Nie pragnąc jej, rad byłem, że mnie uwolni od pragnienia innych; do tego stopnia wydawało mi się nieszczęściem wszystko, co by mnie mogło od niej odciągnąć.
Długi nawyk życia razem, a jednak niewinnie, miast osłabić moje uczucia, przeciwnie, wzmocnił je, ale równocześnie nadał im jakiś inny charakter, który wlewał w nie więcej tkliwości, czułości może, ale mniej pożądań. Nazywając ją „mamusią”, przestając z nią na stopie synowskiej poufałości, przywykłem niejako uważać się za syna. Myślę, że to jest prawdziwa przyczyna, iż tak mało pragnąłem ją posiadać, mimo że była mi tak drogą. Przypominam sobie doskonale, że pierwsze me uczucia dla niej, mimo iż nie żywsze, bardziej były zmysłowe. W Annecy byłem upojony, w Chambéry już nie. Kochałem ją zawsze z całym przywiązaniem, ale więcej dla niej, a mniej dla siebie, lub przynajmniej więcej szukałem przy niej szczęścia niż rozkoszy. Była mi więcej niż siostrą, więcej niż matką, więcej niż przyjaciółką, więcej niż kochanką nawet, a to dlatego właśnie, że nie była kochanką. Słowem, kochałem ją nadto, aby jej pożądać — oto może najjaśniejsze ujęcie mych uczuć.
Ów dzień, którego więcej lękałem się, niż oczekiwałem, nadszedł wreszcie. Przyrzekłem wszystko i nie skłamałem. Serce zatwierdzało me zobowiązania, nie pożądając ich nagrody. Otrzymałem ją wszakże. Znalazłem się pierwszy raz w ramionach kobiety, i kobiety, którą ubóstwiałem. Czy byłem szczęśliwy? Nie; poznałem rozkosz. Jakiś niezwyciężony smutek zatruwał mi jej urok. Miałem uczucie, jak gdybym spełnił kazirodztwo. Tuląc ją z uniesieniem w ramionach, skrapiałem równocześnie jej łono łzami. Co do niej, nie była ani smutna, ani upojona; była serdeczna i spokojna. Będąc z natury mało zmysłowa i nie szukając rozkoszy, nie odczuła ani jej szału, ani po niej nie cierpiała wyrzutów.
Powtarzam: wszystkie jej zbłąkania wynikały z mylnych zasad, a nie z namiętności. Była szlachetna z natury, serce jej było czyste, lubiła to, co uczciwe, skłonności miała cnotliwe i zacne, smak delikatny; słowem, była stworzona do wykwintu moralnego, za którym zawsze tęskniła, a którego nigdy nie zaznała, zamiast bowiem słuchać serca, które ją prowadziło dobrze, słuchała rozumu, który ją prowadził źle. Kiedy fałszywe zasady zagnały ją na manowce, dobre instynkty zawsze stawały im wbrew; ale na nieszczęście miała w głowie ćwieka filozofii, i zasady moralne, które sobie zbudowała, zniszczyły te, które dyktowało jej serce.
Pan de Tavel, pierwszy jej kochanek, był jej mistrzem filozofii i wszczepił jej te właśnie poglądy, które mu były potrzebne przy dziele uwodzenia. Widząc ją przywiązaną do męża, do obowiązków, zawsze chłodną, rozumującą i niedostępną zmysłom, przypuścił szturm drogą sofizmatów301. Zdołał jej przedstawić obowiązki, do których była przywiązana, jako katechizmowe bajeczki, dobre do tumanienia dzieci; obcowanie płci — jako akt najzupełniej w sobie obojętny; wierność małżeńską — jako konwenans, którego cała moralność ogranicza się do poszanowania opinii; spokój męża — jako jedyne prawidło powinności żony; tak iż (wedle niego) dobrze zatajona niewierność, nie istniejąc dla tego, kogo dotyka, nie istnieje i dla sumienia. Słowem, wytłumaczył jej, że rzecz sama w sobie jest niczym, że nabiera istnienia dopiero przez wyjście na jaw i że każda kobieta z pozoru cnotliwa tym samym jest nią w istocie. W ten sposób nędznik doszedł do celu, pacząc umysł dziecka, którego serca zepsuć nie był w stanie. Został za to ukarany męką najokrutniejszej zazdrości, jaką podsycało w nim podejrzenie, iż ona postępuje względem niego tak samo, jak ją nauczył, aby postępowała względem męża. Nie wiem, czy się mylił. Pastor Perret uchodził za jego następcę. Tyle wiem, iż chłodny temperament tej młodej kobiety, który, zdawałoby się, winien ją był ubezpieczyć od tych przewrotnych teorii, przeciwnie, utrwalił ją w nich jeszcze. Nie mogła zrozumieć, aby można było przywiązywać tyle wagi do tego, co dla niej nie miało prawie żadnej. Nigdy nie uczciła mianem cnoty wstrzemięźliwości, która kosztowała ją tak niewiele.
Nie byłaby więc wcale nadużywała tej fałszywej zasady dla siebie samej; ale nadużywała jej dla drugich, a to znów dla innej zasady, prawie tak samo fałszywej, ale zgodniejszej z dobrocią jej serca. Zawsze mniemała, iż nic tak nie przywiązuje mężczyzny do kobiety jak posiadanie. Mimo że nie kochała swych przyjaciół inaczej niż przyjaźnią, przyjaźń ta była tak tkliwa, że używała wszelkich środków, jakie miała w swej mocy, aby ich mocniej przywiązać. Co szczególne, to iż prawie zawsze się jej to powiodło. Była naprawdę tak urocza, że im bliżej się z nią żyło, tym więcej znajdowało się nowych przyczyn do kochania. Druga rzecz godna uwagi, to że, od pierwszego błędu, przygarniała zawsze jedynie biedaków. Ludzie uposażeni od losu daremnie zabiegaliby się o nią; ale człowiek, dla którego uczuła zrazu litość, musiałby być bardzo odpychający, aby go w końcu nie pokochała. To zatem, iż nieraz umieszczała swe łaski w sposób tak mało jej godny, nie tylko nie działo się wskutek niskich skłonności, którym nigdy szlachetne jej serce nie było dostępne, ale zawsze jedyną przyczyną był jej charakter zbyt wielkoduszny, ludzki, współczujący, wrażliwy, nad którym nie panowała z dostateczną rozwagą.
Jeśli niektóre fałszywe zasady sprowadziły ją na bezdroża, ileż w zamian zdobiło ją cudownych przymiotów, którym się nigdy nie sprzeniewierzyła! Przez ile rzadkich cnót okupywała swoje słabości, jeśli można tym mianem nazwać błędy, w których zmysły tak mało brały udziału! Ten sam człowiek, który ją tak szpetnie wprowadził w błąd na jednym punkcie, oświecił znamienicie i ozdobił jej umysł co do tysiąca innych. Nie podlegając burzliwym namiętnościom i mogąc tym samym iść za wskazówkami rozumu, szła zawsze drogą dobrą, o ile sofizmaty nie sprowadzały jej na manowce. Nawet błędy jej płynęły z chwalebnych pobudek: mogła źle czynić przez zbłąkanie, ale nie mogła chcieć niczego, co by było złem. Nie znała fałszu, kłamstwa, była sprawiedliwa, wyrozumiała, ludzka, bezinteresowna, wierna swemu słowu, przyjaciołom, obowiązkom, o ile je uznała za takie, niezdolna do zemsty i nienawiści, nie pojmując nawet, aby w przebaczeniu mogła tkwić jaka zasługa. Wreszcie (aby wrócić do tego, co najtrudniejsze do usprawiedliwienia), nie ceniąc swoich łask wedle ich wartości, nigdy nie czyniła ich przedmiotem szpetnego handlu; rozdawała je, ale ich nie sprzedawała, mimo że niejednokrotnie cierpiała wprost niedostatek. Śmiem powiedzieć, iż jeżeli Sokrates mógł cenić Aspazję302, byłby z pewnością poważał panią de Warens.