Margrabia de l’Hôpital, dziękując jak należało swemu koledze, wspomniał o sekretarzu i o usłudze, jaką ten wyświadczył sprawie publicznej. Hrabia de Montaigu, który miał sobie do wyrzucenia zaniedbanie w tej mierze, dopatrzył się w tym powinszowaniu przytyku i dał mi to odczuć wyraźnym niezadowoleniem. Niedługo później zmuszony byłem postąpić wobec hrabiego de Castellane, ambasadora w Konstantynopolu, tak samo jak wobec pana de l’Hôpital, mimo iż w sprawie mniej ważnej. Ponieważ nie było do Konstantynopola innej poczty jak tylko kurierzy, których senat wysyłał od czasu do czasu do swego pełnomocnika, uwiadamiano o odjeździe tych kurierów ambasadora Francji, aby mógł napisać tą drogą do swego kolegi, o ile uważał za potrzebne. Uwiadomienie to przychodziło zazwyczaj dzień albo dwa wprzódy; ale tak mało liczono się z panem de Montaigu, iż zadowalano się posłaniem doń, dla formy, na godzinę lub dwie przed odejściem kuriera; co zmusiło mnie kilka razy do sporządzenia depeszy w nieobecności ambasadora. Pan de Castellane, odpowiadając, wspomniał o mnie w pochlebnych wyrazach; toż samo pan de Jonville w Genui; stąd nowe pretensje.

Wyznaję, iż nie uchylałem się, gdy nastręczyła się sposobność, aby dać się poznać, ale nie szukałem jej również zbyt skwapliwie. Zdawało mi się bardzo słuszne, abym służąc dobrze, dążył do naturalnej nagrody dobrej służby, to znaczy szacunku tych, którzy mogą ją ocenić i odpłacić. Nie wydaję sądu, czy moja gorliwość w wypełnianiu obowiązków była ze strony ambasadora usprawiedliwionym powodem do skargi, ale mogę śmiało powiedzieć, iż był to powód jedyny, jaki sformułował aż do dnia naszego rozstania.

Dom jego, którego nigdy nie umiał postawić na przyzwoitej stopie, napełniał się szumowinami. Dla Francuzów nie było tam miejsca. Włosi wodzili rej; a nawet spomiędzy nich dobrzy słudzy, przywiązani od dawna do ambasady, spotkali się wszyscy z niegodną odprawą; w ich liczbie pierwszy szambelan ambasady, który piastował tę godność jeszcze przy hrabi de Froulay, a zwał się, o ile pamiętam, hr. Peati lub podobnie. Drugim szambelanem, z wyboru pana de Montaigu, był bandyta z Mantui, Dominico Vitali, któremu ambasador powierzył pieczę o dom. Ten, za pomocą pochlebstwa i brudnego skąpstwa, uzyskał jego zaufanie i stał się faworytem, z wielką ujmą dla niewielu uczciwych ludzi pozostałych jeszcze w domu oraz sekretarza będącego na ich czele. Nieskazitelne oko uczciwego człowieka zawsze jest niepokojące dla hultajów. Była to wystarczająca racja, aby ten człowiek powziął do mnie nienawiść; ale nienawiść ta miała jeszcze inną przyczynę, która uczyniła go tym zajadlejszym. Godzi mi się zdradzić tę przyczynę, iżby mnie potępiono, jeśli zawiniłem.

Ambasador miał wedle zwyczaju lożę w każdym z pięciu teatrów. Codzienne przy obiedzie wymieniał teatr, do którego zamierza się udać; ja wybierałem po nim, szambelani zaś rozrządzali resztą lóż. Wychodząc, brałem klucz od loży, którą wybrałem. Jednego dnia (Vitali był wówczas nieobecny), poleciłem lokajowi przydanemu do mej usługi, aby przyniósł klucz do znajomego domu, dokąd wybierałem się w odwiedziny. Vitali zamiast posłać klucz kazał powiedzieć po prostu, że nim rozporządził. Byłem tym bardziej oburzony, iż lokaj zdał sprawę ze zlecenia w obecności wszystkich. Wieczorem Vitali chciał mnie zbyć paru słowami usprawiedliwienia, którego nie przyjąłem: „Jutro — rzekłem — przyjdzie mi je pan przedłożyć o tej a o tej godzinie w domu, gdzie spotkał mnie afront, i wobec ludzi, którzy byli jego świadkami; lub też pojutrze, jak bądź się rzecz obróci, oświadczam, iż jeden z nas opuści ambasadę”. Ten stanowczy ton zaimponował mu. Stawił się w oznaczonym czasie i miejscu, aby mnie publicznie przeprosić, z uniżonością godną siebie; ale poprzysiągł mi w duchu zemstę i składając mi niskie pokłony, pracował włoskim systemem tak skutecznie, iż, nie mogąc skłonić ambasadora do udzielenia mi dymisji, postawił mnie w konieczności zażądania jej samemu.

Nędznik tego pokroju nie należał z pewnością do ludzi zdolnych mnie poznać; ale znał mnie tyle, ile było trzeba dla jego zamysłów. Wiedział, że jestem dobry i do przesady łagodny w znoszeniu mimowolnej przewiny, dumny zaś i mało cierpliwy na obrazę wyrządzoną z rozmysłu. Wiedział, że lubię przyzwoitość i godność w rzeczach tyczących formy i że jestem nie mniej wymagający co do względów, które mi się należą, jak uważny w oddawaniu tych, które jestem winien innym. Postanowił mnie tedy zażyć z tej strony i w istocie zdołał mnie wyprowadzić z cierpliwości. Wprowadził w dom bezład nie do opisania; zniweczył wszelką regułę, subordynację, schludność, porządek, który siliłem się utrzymać. Dom bez kobiety wymaga dość surowej dyscypliny, jeśli się chce, aby w nim panowała skromność nieodłączna od godności. Vitali uczynił niebawem z ambasady miejsce swywoli i wyuzdania, schronienie dla opryszków i rozpustników. Jako drugiego szambelana, w miejsce tego, którego wysadził z posady, nastręczył jego ekscelencji rufiana478 jak on sam, utrzymującego dom publiczny w Croix de Malte. Ci dwaj hultaje, zgadzający się doskonale z sobą, wnieśli w dom wyuzdanie równe ich bezczelności. Poza jedynym pokojem ambasadora (też dalekim od nieskazitelności), nie było w całym domu ani jednego kąta, w którym by pobyt znośny był dla przyzwoitego człowieka.

Ponieważ jego ekscelencja nie jadał wieczerzy w domu, urzędnicy ambasady wraz ze mną posiadali osobny stół, gdzie jadał również ksiądz de Binis i paziowie. W ostatniej garkuchni jest się przyzwoiciej, czyściej obsłużonym, na mniej brudnej bieliźnie479, i lepiej dostaje się jeść. Dawano jedną jedyną świeczkę łojową, talerze cynowe, widelce żelazne. Mniejsza jeszcze o to, co się działo poufnie; ale odjęto mi gondolę; jedyny ze wszystkich sekretarzy ambasad musiałem najmować ją lub iść piechotą; również nie dawano mi asystencji o barwach ambasadora, kiedy udawałem się do senatu. Zresztą, nic z tego, co się działo wewnątrz, nie było tajemnicą dla miasta. Wszyscy urzędnicy ambasady podnosili głośny krzyk. Dominik, prawdziwa przyczyna tego wszystkiego, krzyczał najgłośniej, wiedząc dobrze, że obrzydliwy sposób, w jaki nas traktowano, jest mi dotkliwszy niżeli wszystkim innym. Jedyny z całego domu nie rozpowiadałem nic na zewnątrz, ale gorzko użalałem się ambasadorowi i na wszystko inne, i na niego samego, który sekretnie podjudzany przez swego złego ducha każdego dnia czynił mi jakiś nowy afront. Zmuszony wiele wydawać, aby żyć na równej stopie z kolegami i przyzwoicie podtrzymywać swoje stanowisko, nie mogłem wydrzeć ani szeląga z mych zasług; kiedy wspomniałem o pieniądzach, ambasador upewniał mnie o szacunku i zaufaniu, jak gdyby one mogły napełnić mą sakiewkę i starczyć za wszystko.

Dwaj bandyci opętali w końcu zupełnie głowę swego pana, z natury już nie nazbyt tęgą, i zrujnowali go w ustawicznych szacherkach, w których odgrywał rolę dudka, mniemając, iż to on wywodzi w pole innych. Kazali mu wynająć na Brenta pałac, za cenę dwa razy wyższą od wartości, sami dzieląc się nadwyżką z właścicielem. Apartamenty były inkrustowane mozaiką i ozdobione kolumnami i pilastrami z bardzo pięknego marmuru wedle tamecznej mody. Pan de Montaigu kazał wspaniale pokryć to wszystko obramieniem z sosnowego drzewa, dla tej jedynej racji, iż w Paryżu apartamenty bywają zazwyczaj wykładane drzewem. Dla podobnej przyczyny, sam jeden ze wszystkich ambasadorów w Wenecji, odebrał szpady paziom, a laski lokajom. Oto jakim był człowiek, który, ciągle snadź z tych samych pobudek, powziął do mnie niechęć, jedynie dla tego, iż służyłem mu sumiennie. Znosiłem cierpliwie wzgardę, brutalność, złe obchodzenie, póki widziałem w tym kaprys a nie zdecydowaną nienawiść; ale z chwilą kiedym ujrzał wyraźny zamiar pozbawienia mnie względów, na jakie zasłużyłem moją dobrą służbą, postanowiłem wyrzec się wszystkiego.

Pierwsza oznaka złej woli ambasadora ujawniła się z okazji obiadu, jaki miał wydać dla księcia Modeny i jego rodziny, bawiących w Wenecji. Dano mi do zrozumienia, iż nie będzie dla mnie miejsca przy stole. Odparłem, dotknięty, bez gniewu wszelako, iż mam zaszczyt zasiadać u stołu codziennie; otóż, jeśli książę Modeny żąda, abym się nie pojawił w czasie jego obecności, jest rzeczą godności jego ekscelencji i mego obowiązku nie zgodzić się na to. „Jak to! — rzekł porywczo. — Mój sekretarz, który nawet nie jest szlachcicem, ma pretensję siadać do stołu z osobą panującą, podczas gdy szambelanowie ambasady wyłączeni są od tego?” — „Tak, panie — odparłem. — Stanowisko, jakim zaszczyciła mnie Jego Ekscelencja, wznosi mnie tak wysoko, iż póki je zajmuję, mam pierwszy krok nawet nad jego przyboczną szlachtą, prawdziwą lub rzekomą, i mam prawo być tam, gdzie oni tego prawa nie mają. Wiadomo Waszej Ekscelencji, iż w dniu, gdy ambasador występuje publicznie w charakterze urzędowym, powołany jestem przez etykietę i obyczaj sięgający niepamiętnych czasów, aby iść za nim w uroczystym stroju i obiadować wraz z nim w pałacu św. Marka. Otóż nie widzę, dlaczego człowiek, który może i powinien siadać publicznie do stołu z dożą i senatem weneckim, nie mógłby zasiąść prywatnie z księciem Modeny”. Mimo że argument był nieodparty, ambasador nie poddał się; nie mieliśmy zresztą sposobności wznowienia dyskusji, ponieważ książę Modeny odwołał przybycie.

Od tego czasu pan de Montaigu nie ustawał w dokuczliwościach, szykanach, wysilaniu się, aby mi odjąć drobne przywileje związane z mym stanowiskiem i oddać je ukochanemu Vitali; jestem pewien, iż gdyby śmiał posłać go do senatu w moje miejsce, byłby to uczynił. Zazwyczaj listy prywatne dyktował w swoim gabinecie księdzu de Binis; otóż, użył jego ręki, aby zdać panu de Maurepas sprawę z zajścia z kapitanem Olivet. W relacji tej, nie czyniąc najmniejszej wzmianki o mnie, który jedyny się tą sprawą zająłem, odjął mi nawet zasługę sporządzenia protokółu i przypisał ją Patizelowi, mimo iż ten nie odezwał się ani słowa. Chciał mnie upokorzyć i sprawić przyjemność swemu faworytowi, ale nie miał zamiaru pozbywać się mnie. Czuł, że nie byłoby mu już tak łatwo znaleźć następcę dla mnie, jak dla pana Follau, który wyrobił mu już opinię. Trzeba mu było bezwarunkowo sekretarza, który by umiał po włosku, dla korespondencji z senatem; który by załatwiał wszystkie depesze, wszystkie sprawy, nie zaprzątając go niczym; który by z przymiotami dobrego urzędnika łączył tę nikczemność, aby się płaszczyć przed jego przybocznymi opryszkami. Chciał mnie tedy zatrzymać, a zarazem unicestwić mnie, trzymając z daleka od kraju, bez środków do powrotu. Byłoby mu się to może udało, gdyby się wziął do rzeczy umiarkowanie. Ale Vitali, który miał inne widoki, chciał mnie przywieść do ostateczności i osiągnął to. Z chwilą gdy spostrzegłem, że wszystkie moje trudy są stracone; że ambasador krzywo patrzy na moje usługi, zamiast wdzięczny być za nie; że nie mogę się już przy nim spodziewać niczego, oprócz przykrości w domu, niesprawiedliwości na zewnątrz, i że wobec jego fatalnej reputacji nieżyczliwość jego może mi szkodzić, życzliwość zaś nic mi nie pomoże, zdobyłem się na krok stanowczy. Zażądałem zwolnienia, zostawiając ambasadorowi czas na postaranie się o sekretarza. Nie mówiąc ani tak, ani nie, pan de Montaigu dalej trwał w swoim odnoszeniu się do mnie. Widząc, że nic się nie zmienia na lepsze i że ambasador nie troszczy się o szukanie następcy, napisałem do jego brata. Wyszczególniając pobudki, prosiłem, aby mi uzyskał u jego ekscelencji zwolnienie, dodając, iż tak czy owak, niepodobieństwem jest mi pozostać. Nie doczekałem się odpowiedzi. Położenie zaczynało być nader kłopotliwe; wreszcie ambasador otrzymał list od brata. Musiał być bardzo ostry; mimo bowiem, iż nieraz podlegał nader gwałtownym uniesieniom, nigdy nie widziałem go w takim stanie. Wylawszy potoki ohydnych obelg, nie wiedząc, co wymyślić, oskarżył mnie, iż sprzedałem jego szyfrowany klucz. Zacząłem się śmiać i spytałem drwiącym tonem, czy sądzi, iż znalazłby się w Wenecji człowiek dość głupi, aby zapłacić za to bodaj talara. Ta odpowiedź przepełniła miarę jego wściekłości. Zrobił gest, jakby chciał wołać na ludzi, aby mnie, jak powiadał, wyrzucić przez okno. Aż dotąd byłem bardzo spokojny, ale po tej groźbie gniew i oburzenie przejęły mnie z kolei. Rzuciłem się ku drzwiom i zasunąwszy rygiel zamykający je od wewnątrz: „Nie, panie hrabio — rzekłem, idąc ku niemu poważnym krokiem — nie będziemy służby mieszali w tę sprawę. Pozwól pan, że ją załatwimy między nami”. Głos mój, postawa, uspokoiły go w tejże chwili: zachowanie jego zdradzało zdziwienie i niepokój. Skoro ujrzałem, iż się opamiętał, pożegnałem go w krótkich słowach; następnie, nie czekając odpowiedzi, odryglowałem drzwi i wyszedłem. Minąłem spokojnie przedpokój, wśród ludzi ambasadora, którzy wstali na mój widok jak zwykle i którzy, jak sądzę, raczej udzieliliby mnie czynnej pomocy przeciw niemu niż jemu przeciw mnie. Nie wracając do siebie, zeszedłem natychmiast i opuściłem bezzwłocznie pałac, aby już doń nie wrócić.

Udałem się prosto do pana Le Blond, aby mu opowiedzieć zdarzenie. Nie był zbyt zdziwiony; znał człowieka. Zatrzymał mnie na obiedzie. Obiad, mimo że improwizowany, wypadł świetnie: wszyscy wybitniejsi Francuzi bawiący w Wenecji stawili się; u ambasadora nie było i psa. Konsul opowiedział całemu towarzystwu mą przygodę. Opowiadanie to wywołało jeden krzyk, a nie był on z pewnością na korzyść jego ekscelencji. Ambasador nie uregulował mego rachunku, nie dał mi ani szeląga; posiadając jako cały zasób parę ludwików, które miałem przy sobie, byłem w kłopocie o środki na powrót do Francji. Wszyscy ofiarowali mi z gotowością swoje sakiewki. Wziąłem dwadzieścia cekinów od pana Le Blond, tyleż od pana de Saint-Cyr, z którym po konsulu byłem najbliżej. Podziękowałem wszystkim innym i w oczekiwaniu wyjazdu zamieszkałem tymczasem u sekretarza konsula, aby dowieść publiczności, że naród francuski nie ma nic wspólnego z niesprawiedliwością ambasadora. Ten, wściekły, iż mnie spotykają owacje w mym nieszczęściu, podczas gdy jego, mimo wszystkich splendorów ambasadorskich, wszyscy opuścili, stracił zupełnie głowę i poczynał sobie jak szaleniec. Zapomniał się do tego stopnia, iż przedłożył senatowi memoriał z żądaniem uwięzienia mnie. Dowiedziawszy się o tym za pośrednictwem księdza de Benis, postanowiłem zamiast odjechać nazajutrz, jak miałem zamiar, zostać jeszcze dwa tygodnie. Widziano i pochwalono moje postępowanie; cieszyłem się powszechnym szacunkiem. Senat nie raczył nawet odpowiedzieć na niedorzeczny memoriał ambasadora i kazał mi oznajmić przez konsula, że mogę zostać w Wenecji jak długo mi się spodoba, nie troszcząc się o postępki szaleńca. Odwiedzałem nadal przyjaciół, poszedłem się pożegnać z ambasadorem hiszpańskim, który przyjął mnie bardzo łaskawie, jak również z hrabią Finochiettim, ministrem Neapolu, którego nie zastawszy, napisałem doń, i który odpisał mi najuprzejmiej w świecie. Wyjechałem wreszcie, nie zostawiając mimo mych kłopotów innych długów jak tylko pożyczki, o których wspomniałem, i jakieś pięćdziesiąt talarów u kupca nazwiskiem Morandi. Carrio podjął się zapłacić tę sumę, której nie zwróciłem mu nigdy, mimo iż często widzieliśmy się od tego czasu; ale co do dwóch pożyczek, o których mówiłem, wypłaciłem się z nich bardzo ściśle przy pierwszej możności.