Od tego czasu, można by mniemać, iż Diderot i Grimm jakby się zmówili, aby podburzać przeciw mnie moje „gospodynie”, dając im do zrozumienia, że jeśli nie żyją w dobrobycie, to jedynie z przyczyny mej złej woli, i że nigdy ze mną nie dojdą do niczego. Starali się skłonić je, aby mnie opuściły, przyrzekając im dystrybucję soli, trafikę578 i nie wiem, co jeszcze, wszystko za pomocą wpływów pani d’Epinay. Chcieli nawet wciągnąć Duclosa, zarówno jak Holbacha, do swej ligi; ale Duclos stale odmawiał. Już wtedy miałem niejaką świadomość tych knowań, ale poznałem je dokładnie dopiero znacznie później. Jakże często trzeba mi było biadać nad ślepą i nieopatrzną gorliwością mych przyjaciół, którzy, starając się mnie, znękanego mym niedomaganiem, doprowadzić do najsmutniejszego osamotnienia, sądzili, iż pracują dla mojego szczęścia! Środki, których imali się w tym celu, były w istocie najsposobniejsze, aby mnie uczynić najnieszczęśliwszym w świecie.
(1753) W ciągu następnego karnawału wystawiono Wróżka w Paryżu; miałem możność przez ten czas wykończyć uwerturę i balet. Balet ten, tak jak figuruje w wydaniu nutowym, miał się zasadzać cały na akcji i oparty był na jednolitym przedmiocie, który, wedle mnie, dostarczał bardzo powabnych obrazów. Ale kiedy przedstawiłem tę myśl w Operze, nie zrozumiano nawet, o czym mówię; trzeba było pozszywać śpiewy i tańce zwykłą modą: to sprawiło, że balet, mimo iż pełen ślicznych pomysłów, miał bardzo średnie powodzenie. Usunąłem recytatyw Jélyotta i przywróciłem mój, taki jak napisałem zrazu i jak figuruje w wydaniu nutowym. Ten recytatyw, mimo iż „sfrancuziony” nieco, przyznaję, to znaczy rozwleczony przez aktorów, nie tylko nie raził nikogo, ale podobał się nie mniej od arii i wydał się nawet publiczności co najmniej równie dobrze napisany. Poświęciłem swą sztukę Duclosowi, który jej patronował, i oświadczyłem, że będzie to jedyna moja dedykacja. Uczyniłem, za jego zgodą, jeden wyjątek w tej mierze, ale powinien się czuć tym wyjątkiem bardziej zaszczycony, niż gdybym nie uczynił żadnego.
Mógłbym z okazji tej sztuki przytoczyć wiele anegdotek, ale ważniejsze rzeczy, które mam do powiedzenia, nie pozwalają mi odbiegać od przedmiotu. Może wrócę jeszcze do tego w uzupełnieniu. Nie chciałbym wszelako opuścić jednego szczegółu, który może rzucić światło na dalsze opowiadanie. Oglądałem jednego dnia w gabinecie barona d’Holbach jego nuty; przerzuciwszy to i owo, odezwał się, pokazując zbiór utworów na klawikord: „Oto zbiór sztuczek ułożonych umyślnie dla mnie: są między nimi rzeczy pełne smaku, melodyjne. Nikt poza mną nie zna ich ani też nigdy nie zobaczy. Mógłbyś pan wybrać którą, aby ją wsunąć w swój balet”. Mając w głowie pomysłów do arii i symfonii o wiele więcej, niż mogłem zużytkować, nie stałem bynajmniej o cudze melodie. Baron wszelako tak nalegał, iż przez grzeczność wybrałem jakąś pastorałkę, którą, skróciwszy znacznie, zużyłem jako tercet na wejście towarzyszek Coletty. W kilka miesięcy później w czasie przedstawień Wróżka, wchodząc jednego dnia do Grimma, zastałem gości zgromadzonych koło klawikordu. Na mój widok Grimm wstał nagle. Rzuciwszy machinalnie okiem na pulpit, ujrzałem ów zbiorek barona d’Holbach, otwarty właśnie na tej właśnie sztuczce, do której przyjęcia mnie zmusił, twierdząc, iż nigdy nie wyjdzie z jego rąk. W jakiś czas potem ujrzałem jeszcze ten sam zbiorek otwarty na klawikordzie pani d’Epinay, któregoś dnia, gdy muzykowano u niej. Grimm ani nikt nie wspomniał nigdy o tej arii; mówię o niej sam jedynie dlatego, iż w jakiś czas później rozeszły się pogłoski, że ja nie jestem autorem Wiejskiego wróżka. Przekonany jestem, iż gdyby nie mój Dykcjonarz muzyczny579, powiedziano by w końcu, że nie znam nut580. Na jakiś czas przed wystawieniem Wróżka przybyli do Paryża włoscy śpiewacy buffo, którym pozwolono grać na scenie Opery, nie przewidując skutków, jakie to sprowadzi. Mimo że śpiewacy byli bardzo mierni i że orkiestra, wówczas bardzo niedouczona, kaleczyła do woli sztuki, które wystawiali, zadali wszelako operze francuskiej cios, spod którego nigdy nie zdołała się podnieść. Porównanie tych dwóch rodzajów muzyki, słyszanych tego samego dnia, w tym samym teatrze, otworzyło uszy Francuzom. Nie było jednego człowieka, który by mógł ścierpieć rozwlekłość francuskiej muzyki po żywym i energicznym akcencie włoskiej; skoro tylko buffoni skończyli, wszystko opuszczało teatr. Okazała się konieczność zmienienia porządku i dawania buffonów na koniec. Wystawiano Eglé, Pygmaliona, Sylfa581 — nic nie mogło się utrzymać. Jeden Wiejski wróżek wytrzymał porównanie, a jeszcze więcej Serva padrona582. Kiedy układałem swoje intermedium, byłem wewnątrz przesiąknięty wpływem Włochów; oni zrodzili we mnie ten pomysł: nie przewidywałem zgoła, że oni sami pojawią się na scenie tuż obok mego utworu. Gdybym był rabusiem, ileż kradzieży ujawniłoby się wówczas i jak pilnie starano by się je podnieść! Ale nie: próżno by się ktoś silił, nie znaleziono w mojej muzyce najmniejszej reminiscencji; wszystkie moje melodie w zestawieniu z rzekomym oryginałem okazały się tak samo nowe, jak charakter muzyki, którą stworzyłem. Gdyby Mondonvilla583 lub Rameau poddano podobnej próbie, wyszliby z niej w strzępach.
Buffoni zyskali muzyce włoskiej bardzo żarliwych wyznawców. Cały Paryż podzielił się na dwa stronnictwa, bardziej zagorzałe niż gdyby chodziło o sprawę państwa lub religii. Jedno, potężniejsze, liczniejsze, złożone z możnych, bogaczy i kobiet, popierało muzykę francuską; drugie, bardziej świadome siebie, dumne, pełne entuzjazmu, składało się z prawdziwych znawców, z ludzi talentu, wybitnych artystów. Ta mała garstka zbierała się w Operze, pod lożą królowej. Drugie stronnictwo wypełniało resztę parteru i sali; ale główne jego ognisko było pod lożą króla. Oto skąd pochodzą nazwy stronnictw słynne w owym czasie: „kącik króla” i „kącik królowej”. Dysputa, rozgrzewając się stopniowo, wydała szereg broszur. „Kącik króla” chciał rzecz obrócić w żart — oblały go zimną wodą drwiny Małego proroka584; próbował rozumować — zbił go na głowę List o muzyce francuskiej585. Te dwa ulotne pisemka, jedno Grimma, drugie moje, oto jedyne, które przeżyły tę kłótnię; wszystkie inne są już martwe.
Ale Mały prorok, którego mimo zaprzeczeń upierano się przypisywać mnie, uszedł jako żart i nie ściągnął żadnej przykrości na autora; podczas gdy List o muzyce, wzięty przez wszystkich poważnie, poruszył przeciw mnie cały naród, obrażony rzekomo w swej muzyce. Opis nieprawdopodobnego wrażenia tej broszury godny byłby pióra Tacyta586. Był to czas wielkiej zwady między parlamentem a klerem587. Parlament właśnie wygnano, wrzenie dochodziło do szczytu, wszystko groziło bliskim buntem. Pojawiła się moja broszura588: w jednej chwili zapomniano o wszystkich innych kłótniach, myślano jedynie o niebezpieczeństwie muzyki francuskiej i całe wrzenie obróciło się przeciw mnie. Powstałe stąd podrażnienie zostawiło ślady, które nigdy nie załagodziły się zupełnie.
Na dworze wahano się wręcz między Bastylią a wygnaniem; dekret uwięzienia już miał być wydany, gdyby pan de Voyer nie był zwrócił uwagi na śmieszność tej represji. Kiedy powiem, iż ta broszura zapobiegła może przewrotowi w państwie, może to ktoś uważać za szaleństwo. Jest to wszelako bardzo rzeczywista prawda, którą cały Paryż może jeszcze potwierdzić, wobec tego iż upłynęło nie więcej niż piętnaście lat od czasu tego osobliwego zdarzenia.
Jeżeli nie targnięto się na mą wolność, nie oszczędzono mi przynajmniej zniewag, życie moje było nawet zagrożone. Orkiestra Opery uczyniła szlachetny spisek, aby mnie zamordować, gdy będę wychodził z gmachu. Ostrzeżono mnie o tym; tym pilniej uczęszczałem do Opery. Dowiedziałem się dopiero znacznie później, że pan Ancelet, oficer muszkieterów, człowiek bardzo mi życzliwy, udaremnił zamach, każąc mnie bez mej wiedzy eskortować, gdy wychodziłem z gmachu. W tym czasie miasto objęło zarząd Opery. Pierwszym czynem prefekta było odebrać mi prawo wolnego wstępu i to w sposób możliwie najnieprzyzwoitszy, mianowicie odmawiając publicznie wpuszczenia mnie, tak iż byłem zmuszony kupić bilet na galerię, aby nie mieć wstydu wracania od drzwi. Była to niesprawiedliwość tym bardziej krzycząca, iż jedyna cena, jaką naznaczyłem, oddając Operze swoją sztukę, zasadzała się na wiekuistym prawie wstępu. Było to prawo wszystkich autorów; miałem je tedy, tym samym, z podwójnego tytułu; mimo to żądałem stwierdzenia go w obecności Duclosa. Prawda, iż posłano mi przez kasjera Opery, bez żądania z mej strony, pięćdziesiąt ludwików jako honorarium, ale poza tym, iż te pięćdziesiąt ludwików nie były nawet kwotą, która z reguły byłaby mi przypadła, zapłata ta nie miała nic wspólnego z prawem wstępu, formalnie ustalonym i zupełnie od niej niezależnym. Postępowanie to było połączeniem takiej niesprawiedliwości i brutalstwa, iż publiczność, wówczas w fazie największego podniecenia przeciw mnie, mimo to jednomyślnie była nim zgorszona; niejeden, który poprzedniego dnia miotał na mnie obelgi, krzyczał nazajutrz głośno na sali, że wstyd jest odbierać prawo wstępu autorowi, który tak dobrze na nie zasłużył i który mógł go żądać nawet w podwójnej mierze. Tak dalece trafne jest włoskie przysłowie, iż „każdy lubi sprawiedliwość w cudzej sprawie”.
W tych okolicznościach mogłem obrać tylko jedną drogę: żądać zwrotu swego dzieła, skoro odbierano mi umówioną cenę. Napisałem w tym duchu do pana d’Argenson, który miał wydział Opery; dołączyłem do listu memoriał o nieprzepartej argumentacji. Pozostał bez odpowiedzi i bez skutku, zarówno jak i list. Milczenie tego niesprawiedliwego człowieka zabolało mnie wielce i nie przyczyniło się do pomnożenia bardzo średniego sądu, jaki miałem zawsze o jego charakterze i talentach. W ten sposób zatrzymano mą sztukę w Operze, pozbawiając mnie ceny, za jaką ją ustąpiłem. Gdy słabszy postąpi tak wobec silniejszego, nazywa się to kradzieżą; jeśli silniejszy — jest to jedynie przywłaszczenie cudzego dobra.
Co się tyczy pieniężnej korzyści tego dzieła, to mimo że nie przyniosło mi ono ani czwartej części tego, co byłoby przyniosło w innych rękach, była ona mimo wszystko i tak dość znaczna, aby mi pozwolić istnieć przez kilka lat i uzupełniać dochody z kopiowania, które szło zawsze dość kulawo. Dostałem sto ludwików od króla, pięćdziesiąt od pani de Pompadour za przedstawienie w Bellevue589, gdzie ona sama odegrała rolę Colina, pięćdziesiąt z Opery, a pięćset franków od Pissota za prawo wydania; tak iż ten drobiazg, który kosztował mnie ze wszystkim najwyżej pięć lub sześć tygodni pracy, przyniósł mi, mimo mej złej gwiazdy i niezgrabstwa, prawie tyle dochodu, ile później Emil, owoc dwudziestu pięciu lat myśli i trzech lat pracy. Ale dobrobyt pieniężny, jaki mi dała ta sztuka, opłaciłem sowicie nieskończonymi przykrościami. Była ona zaczynem tajemnych zazdrości, które wybuchły aż w długi czas później. Od czasu tego tryumfu nie zauważyłem już ani w Grimmie, ani w Diderocie, ani prawie w żadnym z bliskich mi ludzi pióra tej serdeczności, szczerości, tej radości widzenia mnie, jaką zdawało mi się, że spostrzegałem w nich dotąd. Z chwilą gdy pojawiałem się u barona, ogólna rozmowa rwała się. Zbierano się grupkami, szeptano sobie do ucha, tak iż zostawałem sam, nie wiedząc, do kogo się odezwać. Długo cierpiałem to ubliżające opuszczenie; widząc, że pani d’Holbach, dobra i miła osoba, przyjmuje mnie zawsze dobrze, znosiłem grubiaństwa jej męża, póki były do zniesienia. Ale jednego dnia napadł na mnie bez powodu, i z taką brutalnością, wobec Diderota, który nie pisnął słowa, i wobec Margency’ego590, który powtarzał mi często potem, iż podziwiał łagodność i umiarkowanie moich odpowiedzi, iż wreszcie, wypędzony z jego domu tym niegodnym obchodzeniem, wyszedłem z postanowieniem niewracania nigdy. To nie przeszkodziło mi wyrażać się zawsze przyzwoicie o nim i o jego domu; podczas gdy on odzywał się o mnie jedynie w sposób obelżywy, pełen wzgardy, nie nazywając mnie inaczej jak tylko „chłystkiem”, a nie mogąc wszelako sformułować żadnej mej rzekomej winy wobec niego ani wobec kogokolwiek z jego bliskich. Oto jak sprawdziły się moje przewidywania i obawy. Co do mnie, sądzę, iż moi tak zwani przyjaciele przebaczyli mi pisanie książek, nawet doskonałych, ponieważ ten rodzaj sławy nie był im obcy; ale nie mogli mi wybaczyć napisania opery ani świetnych tryumfów, które mi przyniosło to dzieło, ponieważ żaden z nich nie był zdolny próbować się na tej drodze ani zabiegać się o te zaszczyty. Jeden Duclos pośród tych zawiści okazywał mi coraz więcej przyjaźni, i wprowadził mnie do panny Quinault591, gdzie znalazłem tyleż względów, uprzejmości, serdeczności, ile mi ich skąpiono u barona.
Podczas gdy dawano Wróżka w Operze, autor jego zabłąkał się i do Komedii Francuskiej, ale nieco mniej szczęśliwie. Od siedmiu czy ośmiu lat nie mogłem się doczekać wystawienia Narcyza u Włochów. Zresztą, zraziłem się do tego teatru i byłbym raczej wolał oglądać swą sztukę w Komedii Francuskiej. Wspomniałem o tym pragnieniu aktorowi La Noue592, którego znałem bliżej, a który, jak wiadomo, był człowiekiem wykształconym i również autorem. Narcyz spodobał mu się, podjął się wprowadzić go na scenę bezimiennie, tymczasem zaś wyrobił mi prawo wolnego wstępu, co mi sprawiło wielką przyjemność, zawsze bowiem przekładałem Komedię nad oba inne teatry. Sztukę przyjęto z aplauzem i wystawiono bez wymienienia nazwiska autora; ale mam prawo przypuszczać, iż aktorom i wielu innym osobom nie było ono tajne. Panny Gaussin i Grandval grały role amantek. Mimo iż brakło, moim zdaniem, zrozumienia całości, nie można powiedzieć, aby sztukę odegrano zupełnie źle. Mimo to zdumiony i wzruszony byłem pobłażaniem publiczności, która miała cierpliwość wysłuchać jej spokojnie, a nawet ścierpieć drugie przedstawienie, nie dając najmniejszego znaku niezadowolenia. Co do mnie, tak nudziłem się na pierwszym, iż nie mogłem wytrzymać do końca; wyszedłszy z teatru, wstąpiłem do „Prokopa”593, gdzie zastałem Boissy’ego594 i kilku innych, prawdopodobnie tak samo jak ja wypędzonych nudą. Tam wyrzekłem głośno swoje peccavi595, wyznając z pokorą i dumą, iż jestem autorem sztuki i mówiąc o niej głośno tak, jak wszyscy myśleli. To publiczne uderzenie się w piersi autora lichej sztuki, która pada, wywołało wielki podziw, a mnie kosztowało bardzo niewiele. Powiem nawet, iż moja miłość własna znalazła odszkodowanie w odwadze, z jaką uczyniłem to wyznanie, i sądzę, iż w tym wypadku więcej mieściło się w nim dumy, niż kryłoby się głupiego wstydu pod przymuszonym milczeniem. Mimo to, ponieważ było pewne, iż sztuka, martwa na scenie, wytrzymywała czytanie, dałem ją wydrukować; i w przedmowie, należącej do moich lepszych pism, dałem wyraz, nieco wyraźniej, niż to uczyniłem dotychczas, mym poglądom.