Dzień, który połączył mnie z Teresą, uważałem zawsze za datę, która ustaliła mą istotę moralną. Potrzebowałem przywiązania; to zaś, które powinno i mogło mi wystarczyć, uległo okrutnemu rozdarciu. Pragnienie szczęścia nie umiera w sercu człowieka. Mamusia starzała się i spadała wciąż niżej! Widziałem jasno, iż nie ma już dla niej szczęścia tu na ziemi. Skoro tedy straciłem nadzieję znalezienia go kiedykolwiek przy jej boku, zostawało mi szukać go na własną rękę. Błądziłem jakiś czas wśród rozmaitych myśli i zamiarów. Podróż do Wenecji byłaby mnie rzuciła w sprawy publiczne, gdyby człowiek, z którym losy mnie związały, miał trochę zdrowego sensu w głowie. Jestem w ogóle łatwy do zniechęcenia, zwłaszcza w przedsięwzięciach uciążliwych i na długą metę. Niepowodzenia doznane w ambasadzie zraziły mnie do wszystkich innych planów; za czym patrząc, wedle swej dawnej maksymy, na odległe przedmioty jako na mamidła szaleńców, postanowiłem odtąd żyć jeno z dnia na dzień, ile że nie widziałem już nic w życiu, dla czego miałbym ochotę się wysilać.
Wówczas to przypadło nasze poznanie. Łagodny charakter tej poczciwej dziewczyny zdawał się tak dobrze odpowiadać memu, iż nabrałem do niej przywiązania wytrzymującego próbę czasu i zobopólnych win. Wszystko, co powinno było je zerwać, pomnażało je tylko. Czytelnik pozna siłę tego przywiązania w dalszym ciągu, skoro odsłonię rany, rozdarcia, jakimi ta istota udręczyła me serce w dobie najcięższych niedoli; przy czym trzeba mi dodać, iż nigdy, aż do chwili, w której piszę te słowa, nigdy i wobec nikogo nie wydarło mi się bodaj jedno słowo skargi.
Kiedy świat dowie się, iż uczyniwszy wszystko, naraziwszy się na wszystko, byle się z nią nie rozdzielać, spędziwszy z nią dwadzieścia pięć lat na przekór losowi i ludziom, w końcu na stare lata zaślubiłem ją629, bez nadziei i prośby z jej strony, bez zobowiązań i obietnic z mojej, będzie mógł myśleć, iż jakaś obłędna miłość, zawróciwszy mi od pierwszego dnia głowę, prowadziła mnie stopniowo aż do ostatecznego szaleństwa. Będzie sądził tak tym bardziej, skoro pozna osobliwe a silne przyczyny, które powinny mnie były na zawsze wstrzymać od tego kroku. Cóż tedy pomyśli czytelnik, skoro mu powiem z całą szczerością, jaką musiał już poznać we mnie, iż od pierwszej chwili, kiedy ujrzałem Teresę, aż do dzisiejszego dnia, nie czułem nigdy dla niej najmniejszej iskierki miłości; iż nie pragnąłem jej posiadać tak samo jak pani de Warens i że potrzeby zmysłów, które zaspakajałem przy jej boku, były dla mnie jedynie potrzebami płci, nie mającymi nic wspólnego z osobą? Pomyśli, iż, odmiennie snadź ukształtowany od ogółu ludzi, niezdolny byłem w ogóle do miłości, skoro nie wchodziła ona w uczucia wiążące mnie do najbardziej mi drogich kobiet. Cierpliwości, o czytelniku! Zbliża się złowrogi moment, w którym aż nazbyt jasno otworzę ci oczy w tej mierze.
Powtarzam się, jak czytelnik widzi; ale to nieuniknione. Pierwsza z moich potrzeb, największa, najsilniejsza, najbardziej nieugaszona tkwiła całkowicie w sercu. Była to potrzeba bliskiego obcowania, i to tak bliskiego, jak tylko możebne; dlatego głównie trzeba mi było raczej kobiety niż mężczyzny, przyjaciółki raczej niż przyjaciela. Ta osobliwa dążność była taka, iż najściślejsze zjednoczenie ciał nie mogło jej jeszcze starczyć: trzeba by mi było dwóch dusz w jednym ciele, inaczej czułem ciągle pustkę. Sądziłem, iż od tej chwili nie będę czuł jej więcej. Ta młoda osoba, godna miłości dla wielu szacownych przymiotów, a nawet wówczas dla swej powierzchowności, bez cienia sztuki i kokieterii, byłaby zamknęła w sobie jednej me istnienie, gdybym ja wzajem mógł zamknąć jej istnienie w sobie, jak się spodziewałem. Nie groziło mi niebezpieczeństwo ze strony mężczyzn; jestem pewien, iż byłem jedynym, którego naprawdę kochała, spokojne zaś jej zmysły nie domagały się postronnych zadowoleń, nawet gdy przestałem być dla niej pod tym względem mężczyzną. Nie miałem rodziny; ona miała: ale ta rodzina, nadto różniąca się charakterami od jej charakteru, nie okazała się taką, abym mógł z niej uczynić własną. Tu tkwiła pierwsza przyczyna nieszczęścia. Czegóż nie byłbym oddał, aby móc być synem jej matki! Uczyniłem wszystko, aby to osiągnąć, i nie doszedłem do celu. Próżno chciałem zespolić wszystkie sprawy naszego życia, było to niemożliwe. Matka Teresy miała zawsze na oku cele różne od moich, sprzeczne z moimi, a nawet z dobrem własnej córki, które już było nieodłączne od mego. Ona i reszta dzieci i wnuków to była zgraja pijawek; najmniejszym zaś złem, które czyniły Teresie było to, że ją okradały. Biedna dziewczyna, przyzwyczajona ustępować nawet swoim siostrzenicom, pozwalała się rabować i rządzić sobą bez słowa protestu; widziałem z boleścią, iż wyczerpując do dna swą sakiewkę i swoje przestrogi, nie mogę uczynić dla niej nic, z czego by miała jakąś korzyść. Próbowałem odciągnąć ją od matki: opierała się zawsze. Szanowałem jej opór i poważałem ją za to tym więcej; niemniej jednak odmowa jej obróciła się na jej i moją szkodę. Wydana na łup matce i rodzinie, należała do nich więcej niż do mnie, więcej niż do samej siebie. Chciwość bliskich była dla niej mniejszą jeszcze ruiną niżeli zgubne ich rady. Słowem, jeżeli dzięki miłości dla mnie, dzięki wrodzonej zacności, nie dała się zupełne opanować, i to wystarczyło wszelako, aby unicestwić w znacznej części wpływ dobrych zasad, którymi siliłem się ją natchnąć; wystarczało, abyśmy, w jaki bądź sposób brałem się do rzeczy, zawsze pozostali dwojgiem.
Oto dlaczego w szczerym i wzajemnym przywiązaniu, w które włożyłem całą tkliwość serca, nie zdołałem wszelako nigdy doszczętnie zapełnić pustki tego serca. Przyszły dzieci, przez które mogłoby się to ziścić: to pogorszyło jeszcze sprawę. Drżałem na myśl powierzenia ich tej rodzinie źle wychowanej po to, aby je wychowała gorzej jeszcze. Wychowanie w domu podrzutków było o wiele mniej niebezpieczne. Ta przyczyna mego postanowienia, silniejsza niż wszystkie te, które wyłuszczyłem w liście do pani de Francueil, była wszelako jedyną, której nie śmiałem jej wyznać. Wolałem raczej mniej doskonale oczyścić się z tak ciężkiego zarzutu, byle oszczędzić rodzinę osoby, którą kochałem. Ale można osądzić z obyczajów nieszczęsnego brata Teresy, czy miałem prawo, co bądź by ktoś o tym mógł powiedzieć, narażać swoje dzieci na niebezpieczeństwa podobnego wychowania.
Nie mogąc kosztować w całej pełni tej poufnej serdeczności, której czułem potrzebę, szukałem innych ujść: nie wypełniały one pustki, ale mniej dawały mi ją uczuć. W braku jednego ducha, który byłby mi oddany całkowicie, trzeba mi było przyjaciół, których ożywczy wpływ zwyciężałby mą inercję. W tym celu zacieśniłem stosunki z Diderotem, z księdzem Condillac; dlatego zawiązałem jeszcze ściślejsze może z Grimmem; tak iż wreszcie, dzięki nieszczęsnej Rozprawie, której historię opowiedziałem poprzednio, wpadłem bez myśli i zamiaru w literaturę, z której, jak sądzę, wyszedłem już na zawsze.
Początek ten zaprowadził mnie nową drogą w inny świat duchowy, którego prosta i wspaniała ekonomia napełniała mnie entuzjazmem. Niebawem mocą patrzenia i rozmyślania ujrzałem jeno błąd i szaleństwo w nauce naszych mędrców, ucisk zaś jeno i nędzę w naszym porządku społecznym. Oszołomiony głupią pychą, uważałem, iż powołany jestem, aby rozproszyć wszystkie te omamy. W przeświadczeniu, iż aby nakazać sobie posłuch, winienem zestroić postępowanie swoje z zasadami, przyjąłem osobliwy tryb życia, którego nie pozwolono mi się trzymać, którego przykładu rzekomi przyjaciele nie mogli mi przebaczyć i który zrazu uczynił mnie śmiesznym, a w końcu byłby mnie uczynił godnym szacunku, gdyby mi było podobna w nim wytrwać.
Aż dotąd byłem dobry — odtąd stałem się cnotliwy lub przynajmniej pijany cnotą. Pijaństwo to zaczęło się w głowie, ale z kolei przeszło do serca. Najszlachetniejsza duma wykiełkowała na szczątkach wyplenionej próżności. Nie grałem nic, stałem się w istocie takim, jakim mnie widziano. W ciągu czterech przynajmniej lat, przez które trwało to wrzenie w całej sile, nic tak wielkiego i pięknego nie może zagościć w sercu człowieka, do czego bym nie był się czuł zdolny w obliczu nieba. Oto skąd zrodziła się moja nagła wymowa; oto skąd rozlał się w moich pierwszych książkach ten naprawdę niebiański ogień, który mnie rozgrzewał, a z którego przez czterdzieści lat nie objawiła się najmniejsza iskierka, ponieważ jeszcze nie płonął.
Byłem, w istocie, przeobrażony; przyjaciele, znajomi nie poznawali mnie. Nie byłem już tym nieśmiałym, raczej wstydliwym niż skromnym człowiekiem, który nie umiał się ani pokazać, ani odezwać; którego zbijało z tropu żartobliwe słówko, spojrzenie kobiety przyprawiało o rumieniec. Śmiały, dumny, nieustraszony, wnosiłem wszędzie pewność siebie tym bardziej nieugiętą, iż była prosta i zamieszkała raczej w mej duszy niż w postawie. Wzgarda, którą głębokie rozmyślania obudziły we mnie dla obyczajów, zasad i przesądów epoki, czyniła mnie nieczułym na szyderstwa tych, którzy je wyznawali: dławiłem ich mizerne koncepty mymi sentencjami, tak jak się gniecie owada w palcach. Co za odmiana! Cały Paryż powtarzał ostre i gryzące sarkazmy tegoż samego człowieka, który dwa lata przedtem i dziesięć lat potem niezdolny był znaleźć myśli, którą chciał wyrazić, słowa, którego chciał użyć. Niech kto poszuka stanu bardziej sprzecznego z mą naturą, a znajdzie ten właśnie. Niech sobie przypomni jeden z tych krótkich momentów mego życia, gdy stawałem się kim innym, a przestawałem być sobą; chwile takie zdarzały się jeszcze w czasie, o którym mówię; ale ów stan, zamiast trwać sześć dni, sześć tygodni, trwał blisko sześć lat, i trwałby może jeszcze, gdyby nie szczególne okoliczności, które przerwały go i wróciły mnie naturze, nad którą chciałem się wznieść.
Zmiana ta nastąpiła natychmiast, skoro opuściłem Paryż i skoro widowisko błędów tego wielkiego miasta przestało podsycać oburzenie, którym mnie natchnęło. Przestawszy spotykać ludzi, przestałem nimi gardzić; straciwszy z oczu złych, przestałem ich nienawidzić. Serce moje, tak nie stworzone do nienawiści, współczuło już tylko z nędzą ludzi, a złość ich także uważało za cząstkę tej nędzy. Ten stan, słodszy, ale o wiele mniej podniosły, stłumił niebawem ów płomienny zapał, który przenikał mnie tak długo; nieznacznie, bezświadomie niemal, stałem się z powrotem bojaźliwym, ustępującym, nieśmiałym: jednym słowem tym samym Janem Jakubem, jakim byłem wprzódy.