Wspomnienia rozmaitych epok życia doprowadziły mnie do zastanowienia się nad punktem, do którego doszedłem. Znalazłem się już na schyłku lat, wydany na łup bolesnej choroby i jak mniemałem, przy końcu drogi życia, nie zakosztowawszy w całej pełni niemal żadnej z rozkoszy, których serce moje było tak spragnione, nie dawszy ujścia żywym uczuciom, których czułem w sobie zapasy, nie wysączywszy, nie uszczknąwszy bodaj tej upajającej rozkoszy, do której czułem się w duszy zdolny i która z braku przedmiotu tkwiła w niej ciągle zdławiona, nie mogąc wydzielić się inaczej jak tylko westchnieniem.

W jaki sposób było możliwe, abym z duszą z natury tak wylaną634, dla której żyć to było kochać, nie znalazł dotąd przyjaciela wyłącznie dla siebie, prawdziwego przyjaciela, ja, który czułem się tak stworzony do tych związków? W jaki sposób było możebne, abym przy zmysłach tak zapalnych, z sercem przesiąkniętym miłością, nie mógł bodaj raz zapłonąć tym ogniem dla określonego przedmiotu? Pożerany potrzebą kochania, nie mogąc jej nigdy w pełni zaspokoić, patrzałem, jak zbliżam się do bram starości i mam umrzeć, nie poznawszy życia!

Te smutne, ale rozczulające myśli pogrążyły mnie w zadumie pełnej żalu, a zarazem nie pozbawionej słodyczy. Zdawało mi się, że los jest mi winien coś, czego mi nie dał. Na co dał mi się urodzić z cudownymi zdatnościami, aby je zostawić do końca bez użytku? Poczucie wewnętrznej wartości, rodząc we mnie świadomość krzywdy, wynagradzało mi ją do pewnego stopnia i wyciskało z oczu łzy, którym z lubością pozwalałem płynąć.

Oddawałem się tym dumaniom w najpiękniejszej porze roku, w czerwcu, w cieniu świeżej zieloności, przy śpiewie słowika, szmerze strumienia. Wszystko spiknęło się, aby mnie pogrążyć w tej zbyt upajającej miękkości, dla której byłem stworzony, ale od której powinien mnie był na zawsze oswobodzić twardy i surowy ton, na jaki nastroiło mnie długie wewnętrzne wrzenie. Na nieszczęście przypomniał mi się obiad w Toune i spotkanie z dwiema uroczymi dziewczynami, o tej samej porze, w miejscowości niemal podobnej do tej, w jakiej znajdowałem się w tej chwili. Wspomnienie to, jeszcze słodsze przez łączącą się z nim pamięć ówczesnej niewinności, przyniosło mi inne, tegoż samego rodzaju. Niebawem ujrzałem w myślach koło siebie wszystkie istoty, które napawały wzruszeniem mą młodość: pannę Galley, de Graffenried, de Breil, panią Bazile, de Larnage, moje młode uczennice, aż do powabnej Zulietty, której serce moje nie mogło zapomnieć. Ujrzałem się otoczony serajem635 hurys636, dawnych znajomych; najżywszy pociąg, jaki odczuwałem dla nich, nie był u mnie nowym uczuciem. Krew rozpala się i kipi, głowa mi się zawraca mimo szpakowatych już włosów i oto poważny obywatel Genewy, oto surowy Jan Jakub, bliski czterdziestu pięciu lat, staje się nagle z powrotem romansowym pasterzem. Odurzenie, które mnie ogarnęło, mimo iż nagłe i szalone, było tak uporczywe i silne, iż aby mnie zeń wyleczyć, trzeba było dopiero szeregu nieprzewidzianych i straszliwych nieszczęść, w które mnie wtrąciło.

Odurzenie to, mimo iż tak głębokie, nie doszło wszelako do tego, aby mi dało zapomnieć o mym wieku i położeniu, abym się miał łudzić, iż mogę jeszcze wzbudzić miłość, abym się skusił podzielić z kimś wreszcie tym ogniem pożerającym, lecz jałowym, jaki od dzieciństwa daremnie trawił me serce. Nie spodziewałem się, nie pragnąłem nawet tego. Wiedziałem, że czas miłości przeszedł; nadto czułem śmieszność postarzałych miłośników, abym miał w nią popaść. Nie ja, z pewnością, miałem się stać zarozumiałym i pewnym siebie na schyłku, skoro nim byłem tak mało w kwiecie swojego wieku. Zresztą, zamiłowany w spokoju, lękałbym się burz domowych; nadto szczerze przy tym kochałem Teresę, aby ją narażać na tę zgryzotę, iżby miała mnie widzieć niosącego w dani innej kobiecie uczucia żywsze niż te, które we mnie budziła.

Cóż uczyniłem w tej okoliczności? Czytelnik już odgadł, jeżeli dotąd towarzyszył mi z uwagą. Niepodobieństwo dosięgnięcia rzeczywistych istot wtrąciło mnie w krainę urojeń. Nie widząc na świecie nic istniejącego, co by godnym było mego szału, syciłem go w świecie idealnym, który twórcza wyobraźnia zaludniła niebawem istotami wedle mego serca. Nigdy ta ucieczka nie zjawiła się bardziej w porę i nigdy nie okazała się tak płodna. Pogrążony w nieustannej ekstazie, upajałem się bez miary najrozkoszniejszymi uczuciami, jakie kiedykolwiek gościły w sercu człowieka. Zapominając zupełnie o rodzaju ludzkim, tworzyłem sobie społeczeństwa doskonałych istot, równie niebiańskich przez swoje cnoty, co przez swą piękność, pewnych, tkliwych, wiernych przyjaciół, takich, jakich nie znałem nigdy tu na ziemi. Zasmakowałem do tego stopnia w tym bujaniu w obłokach, pośród uroczych przedmiotów, którymi się otoczyłem, iż spędzałem tak godziny, dnie całe, bez rachuby; tracąc pamięć wszelkiej innej rzeczy, ledwie zjadłem coś naprędce, już rwałem się szukać schronienia w mych gajach. Kiedy, gotów ulecieć w zaczarowane kraje, widziałem, jak zjawiają się nieszczęśni śmiertelnicy, którzy przychodzili zatrzymywać mnie na ziemi, nie mogłem ani pomiarkować, ani ukryć swej niechęci; nie będąc już panem siebie, przyjmowałem ich w sposób tak szorstki, że słusznie można by go nazwać brutalstwem. To pomnażało jedynie mą reputację mizantropa, z przyczyn, które zjednałyby mi wręcz przeciwne mniemanie, gdyby ludzie lepiej umieli czytać w mym sercu.

W pełni największej egzaltacji, uczułem się ściągnięty nagle na ziemię, niby latawiec uwięziony sznurkiem. Natura przywołała mnie na miejsce, zsyłając mi dość żywy napad zwykłego cierpienia. Uciekłem się do jedynego lekarstwa, jakie było zdolne nieść mi ulgę — do sondy. To spowodowało pauzę w mych anielskich amorach: poza tym bowiem, iż człowiek nie jest zdolny do miłości, kiedy cierpi, wyobraźnia moja, która ożywia się na wsi, wśród zieloności, usycha i obumiera w pokoju, pod deskami powały. Często żałowałem, że nie istnieją driady637; im to niechybnie byłbym oddał swoje serce.

Inne przykrości domowe pomnożyły w tym samym czasie moje utrapienia. Pani Le Vasseur, obsypując mnie równocześnie miodowymi słówkami, odstręczała ode mnie córkę ile mogła. Otrzymałem z mego dawnego sąsiedztwa listy, które pouczyły mnie, że zacna stara zaciągnęła bez mej wiedzy liczne długi na imię Teresy, która wiedziała o tym i nic mi nie mówiła. Długi, które musiałem płacić, gniewały mnie o wiele mniej niż tajemnica, jaką z nich czyniono. Ha! W jaki sposób ta, dla której ja nie miałem nigdy żadnej tajemnicy, mogła ją mieć dla mnie? Czy można coś ukrywać przed kimś, kogo się kocha? Holbachowska koteria, nie widząc, bym objawiał tęsknotę za Paryżem, zaczynała na dobre się obawiać, iż mogę szczerze podobać sobie na wsi i być dość szalonym, aby tam zostać. Stąd zaczęły się dokuczliwości, za pomocą których starano się mnie pośrednio sprowadzić do miasta. Diderot, nie chcąc zrazu odsłonić przyłbicy, wyprawił do mnie na początek Deleyre’a638, którego z nim sam zapoznałem, a który, nie pojmując właściwego celu intrygi, przejmował i przynosił mi wrażenia, jakich Diderot zechciał mu udzielić.

Wszystko jakby się zmawiało, aby mnie wyrwać z mego słodkiego i szalonego marzenia. Nie minął jeszcze mój atak, kiedy otrzymałem egzemplarz poematu Na ruinę Lizbony639. Przypuszczałem, iż przysłano mi go na zlecenie autora. To nałożyło na mnie obowiązek napisania doń i wyrażenia zdania o utworze. Uczyniłem to w liście, który ogłoszono drukiem znacznie później, bez mego pozwolenia, jak o tym wspomnę w dalszym ciągu.

Uderzony, iż widzę tego biednego człowieka, przywalonego, aby tak rzec, pomyślnością i sławą, jak gorzko wciąż deklamuje przeciw nędzom życia i znajduje ustawicznie, iż wszystko jest złe, powziąłem szalony pomysł, aby mu przemówić do duszy i udowodnić mu, że wszystko jest dobre. Wolter, udając wciąż, iż wierzy w Boga, wierzył w istocie zawsze jedynie w diabła, skoro jego rzekomy bóg jest złośliwą istotą, która wedle niego znajduje rozkosz jedynie w wyrządzaniu szkody. Bijąca w oczy niedorzeczność tej nauki oburzająca jest zwłaszcza u człowieka, który, spoczywając w puchach szczęścia, stara się doprowadzić do rozpaczy swych bliźnich za pomocą strasznego i okrutnego obrazu wszystkich klęsk, od których on jest wolny. Bardziej niż on będąc powołany, aby policzyć i zważyć niedole ludzkiego życia, uczyniłem ich sprawiedliwy bilans i udowodniłem mu, że ze wszystkich tych niedoli nie masz ani jednej, za które Opatrzność byłaby odpowiedzialna i która by nie miała źródła raczej w nadużyciu, jakie człowiek czyni ze swych zdolności, niż w samej naturze. Potraktowałem go w tym liście z wszelkimi możebnymi względami, uważaniem, oględnością, mogę nawet powiedzieć szacunkiem. Mimo to, znając jego miłość własną w najwyższym stopniu wrażliwą, nie posłałem tego listu samemu Wolterowi, ale doktorowi Tronchin, jego lekarzowi i przyjacielowi z zupełną swobodą doręczenia lub zniszczenia, wedle tego, co mu się wyda właściwsze. Tronchin doręczył list. Wolter odpisał mi w kilku słowach, iż będąc równocześnie i sam chory, i mając w domu chorobę, odkłada na inny czas odpowiedź; po czym nigdy nie odezwał się już w tej kwestii. Tronchin, przysyłając mi pismo Woltera, dołączył od siebie kilka uwag niezdradzających zbyt wiele szacunku dla osoby piszącego.