Przy pomocy czujności i starań zdołałem dopilnować ogrodu tak dobrze, iż mimo że urodzaj na owoce był tego roku prawie żaden, zbiór dał trzy razy tyle co w poprzedzających latach. Trzeba przyznać, że nie oszczędzałem starań, aby go ubezpieczyć, do tego stopnia, iż sam eskortowałem przesyłki, które wyprawiałem do Epinay i do Chevrette, i sam ładowałem koszyki. Przypominam sobie, jak nieśliśmy wraz z „ciotką” jeden tak ciężki, iż omal upadając pod ciężarem, musieliśmy spoczywać co dziesięć kroków i przybyliśmy cali w pocie.

(1757) Skoro początek słotnej pory zaczął mnie więzić w mieszkaniu, chciałem podjąć swoje domowe zatrudnienia; nie było sposobu. Wszędzie widziałem jeno dwie urocze przyjaciółki, ich przyjaciela, ich otoczenie, okolicę, którą zamieszkiwały, przedmioty stworzone lub upiększone dla nich moją wyobraźnią. Nie należałem już ani chwili do siebie; szaleństwo nie opuszczało mnie. Po daremnych wysiłkach, aby oddalić od siebie te urojenia, poddałem się wreszcie w zupełności ich czarowi i zajmowałem się już jedynie tym, aby wprowadzić w nie pewien ciąg i związek i stworzyć rodzaj powieści.

Jedna rzecz nękała mnie w całej sprawie, mianowicie wstyd zadania kłamu samemu sobie tak jawnie i głośno. Po surowych zasadach, które obwieściłem z takim hałasem, po nieubłaganych poglądach, które z taką siłą głosiłem, po tylu gryzących wycieczkach przeciw zniewieściałym książkom oddychającym miłością i rozkoszą, czy można sobie wyobrazić coś bardziej niespodzianego, rażącego niż widok mnie samego wpisującego się naraz własną ręką w poczet autorów, których osądziłem tak surowo? Czułem tę niekonsekwencję w całej sile, wyrzucałem ją sobie, rumieniłem się, złościłem; ale wszystko to nie wystarczało, aby mnie przywieźć do rozumu. Opanowany zupełnie, musiałem się zdać na łaskę i niełaskę wyobraźni i wydać się na pastwę ludzkich gadań, zostawiając zresztą na potem rozważanie, czy namyślę się pokazać swój utwór czy nie: nie przypuszczałem bowiem jeszcze, abym go miał ogłosić.

Tak rozstrzygnąwszy sprawę, rzuciłem się na łeb na szyję w marzenia; tak długo obracałem je w głowie na wszystkie strony, aż wreszcie utworzyłem plan, którego wykonanie znane jest publiczności. Było to z pewnością najlepsze, co mogłem wydobyć z mych szaleństw: miłość dobrego, która nigdy nie opuściła mego serca, zwróciła je ku przedmiotom użytecznym, na których moralność mogła tylko zyskać. Obrazy rozkoszy straciłyby cały powab, gdyby im zbrakło słodkiego kolorytu niewinności. Dziewczyna, która uległa swej słabości, może być dla nas przedmiotem pożałowania, zajmującym przez swoje uczucie i często tym więcej godnym miłości. Ale kto zdoła znieść bez oburzenia widowisko obyczajów dzisiejszego świata? Co może być ohydniejsze niż gadulstwo niewiernej żony, która depcąc jawnie nogami wszystkie obowiązki, żąda, aby mąż wdzięczny jej był, jak za łaskę, za to, iż raczyła nie dać się schwytać na gorącym uczynku? Istoty doskonałe nie są zgodne z naturą i nauki ich nie przemawiają do nas. Ale że młoda osoba, zrodzona z sercem równie uczciwym jak czułym, daje się, będąc dziewczyną, zwyciężyć miłości, później zaś, wyszedłszy za mąż, znajduje siłę, aby zwyciężyć z kolei swą miłość i stać się z powrotem cnotliwą — ktokolwiek wam powie, że ten obraz, w całości swej, jest gorszący i nieużyteczny, ten jest kłamcą i obłudnikiem; nie słuchajcie go.

Poza tym celem, tyczącym obyczajów i uczciwości małżeńskiej, a tym samym zespolonym zasadniczo z całym porządkiem społecznym, miałem na oku i drugi, bardziej sekretny, odnoszący się do zgody i pokoju publicznego; przedmiot większy, ważniejszy może sam w sobie, a co najmniej na tę chwilę, w której go obmyślałem. Burza wszczęta przez Encyklopedię644 nie tylko nie uspokajała się, ale doszła wówczas szczytu. Oba stronnictwa, rozpętane przeciw sobie z największą zaciekłością, podobniejsze były raczej do rozjuszonych wilków szarpiących się zajadle niż do chrześcijan i filozofów, którzy chcą wzajem oświecić się, przekonać i sprowadzić na drogę prawdy. Aby zatarg wyrodził się w wojnę domową, brakło może obu stronnictwom jedynie dość ruchliwych i wpływowych wodzów; Bóg zaś wie, co byłaby wydała wojna domowa na tle religijnym, wojna, w której najokrutniejsza nietolerancja równa była zaiste po obu stronach. Będąc urodzonym nieprzyjacielem wszelkiego ducha stronniczości, powiedziałem szczerze jednym i drugim twarde prawdy, których żadna ze stron nie chciała słuchać. Wpadłem na inny sposób, który w mej naiwności wydał mi się cudowny: mianowicie złagodzić wzajemną nienawiść, niwecząc obustronne przesądy, i pokazać każdemu stronnictwu zasługi i cnoty drugiego, godne powszechnej czci oraz poszanowania u wszystkich śmiertelnych. Ten projekt, niezbyt rozsądny (przypuszczał bowiem istnienie dobrej wiary u ludzi, wtrącał mnie zatem w ten sam błąd, jaki zarzucałem księdzu de Saint-Pierre), wywołał skutek, jaki musiał wywołać: nie pojednał stronnictw, a złączył je tylko w napaści na mnie. Nim doświadczenie pouczyło mnie o mym szaleństwie, oddawałem się swemu dziełu z zapałem, śmiem powiedzieć, godnym ożywiającej mnie pobudki. Nakreśliłem dwa charaktery, Wolmara i Julii645, w zachwyceniu, które dawało mi nadzieję, iż uczynię je oba godnymi sympatii, a co więcej, iż wrażenie to wzmoże się dzięki kontrastom.

Zadowolony, iż z grubsza naszkicowałem plan, wróciłem do poszczególnych scen, które skreśliłem poprzednio; ze sposobu, w jaki je ująłem, powstały dwie pierwsze części Julii. Stworzyłem je i przepisałem na czysto w ciągu zimy z niewymowną przyjemnością, używając najpiękniejszego złoconego papieru, lazurowego i srebrnego proszku do suszenia pisma646, a niebieskiej wstążeczki do zeszycia kajetów, słowem nie znajdując nic dość wykwintnego, dość ładnego dla tych uroczych dziewczyn, za którymi szalałem jak drugi Pigmalion647. Co wieczór przy kominku odczytywałem po kilka razy te dwie części „gosposiom”. Córka, nic nie mówiąc, płakała wraz ze mną z rozczulenia; matka, która nie znajdując swoich ulubionych zakrętasów, nie rozumiała ani słowa, słuchała dość obojętnie i poprzestawała, w chwilach milczenia, na tym, iż powtarzała ciągle: „To bardzo piękne, proszę pana”.

Pani d’Epinay, niespokojna o mnie, iż znalazłem się tak sam w zimie wśród lasu, w odosobnionym domku, przysyłała bardzo często zasięgać wiadomości. Nigdy nie doświadczyłem równie szczerych objawów jej przyjaźni i nigdy też moja przyjaźń nie odwzajemniała ich bardziej żywo. Zawiniłbym, gdybym, wśród tych objawów, nie zaznaczył, iż przesłała mi swój portret, prosząc mnie, abym jej ułatwił zdobycie wzajem mojego, pędzla La Tour648, wystawionego swego czasu w Salonie649. Nie godzi mi się ominąć również innego dowodu jej pamięci; szczegół ten wyda się śmieszny, ale przez wrażenie, jakie na mnie uczynił, stanowi on rys do historii mego charakteru. Jednego dnia, w czasie silnego mrozu, otwierając paczkę, w której pani d’Epinay przesyłała mi różne sprawunki, jakimi ją obarczyłem, znalazłem obok nich spódniczkę z angielskiej flaneli; pani d’Epinay, jak mi pisała, nosiła ją sama, a obecnie życzyła sobie, abym kazał z niej uszyć ciepłą kamizelkę. Sposób, w jaki skreślony był bilecik, był uroczy, pełen serdeczności i prostoty. Troskliwość ta, więcej niż przyjacielska, rozrzewniła mnie; miałem uczucie, jak gdyby pani d’Epinay sama się odarła, aby mnie przyodziać; wzruszony do głębi, ucałowałem, po dwadzieścia razy, płacząc, list i spódniczkę. Teresa myślała, że oszalałem. Osobliwym jest, iż ze wszystkich oznak przyjaźni, jakimi pani d’Epinay mnie obsypała, żadna tak mnie nie wzruszyła jak ta; nawet już po naszym zerwaniu nie mogłem pomyśleć o tym bez wzruszenia. Długo zachowałem ten bilecik i miałbym go jeszcze, gdyby nie był podzielił losu innych moich listów z owego czasu.

Mimo iż cierpienie pęcherza mało dawało mi folgi tej zimy, tak iż przez szereg tygodni skazany byłem na użytek sondy, była to jednak, razem wziąwszy, pora, która od czasu osiedlenia we Francji spłynęła mi w największej słodyczy i spokoju. Przez kilka miesięcy, w ciągu których ostrość pory roku ubezpieczała mnie od natrętów, napawałem się, więcej niż kiedykolwiek, niezależnym, równym i prostym życiem, którego urok wzrastał dla mnie, w miarę jak go kosztowałem, bez innego towarzystwa jak dwóch moich „gospodyń” w rzeczywistości, a dwóch uroczych kuzynek w wyobraźni. Wówczas to zwłaszcza winszowałem sobie, z każdym dniem więcej, roztropnego postanowienia, na które się zdobyłem bez względu na krzyki przyjaciół, pogniewanych, iż wyzwalam się od ich tyranii; kiedy zaś dowiedziałem się o zamachu szaleńca650, kiedy Deleyre i pani d’Epinay donosili mi w listach o niepokoju i zamęcie, jaki panuje w Paryżu, jakże dziękowałem niebu, iż oddaliło mnie od tych widowisk ohydy i zbrodni, które byłyby jeno podsyciły, zaogniły żółć, jaką poruszał we mnie widok publicznych nieporządków; podczas gdy tu, widząc dokoła swego schronienia same jeno pogodne i lube przedmioty, serce moje poddawało się słodkim uczuciom. Zapisuję z upodobaniem bieg ostatnich spokojnych chwil, jakich mi użyczono. Wiosna, która nastąpiła po tej tak spokojnej zimie, patrzała na kiełkowanie ziarna nieszczęść, jakie pozostają mi do opisania. W gąszczu tych nieszczęść nie spotkamy już podobnej pauzy, która by mi dała bodaj chwilę swobody dla zaczerpnięcia oddechu.

Jednakże, o ile sobie przypominam, w czasie tego wytchnienia i na łonie mej samotności, klika holbachistów nie zostawiła mnie w zupełnym spokoju. Diderot zwłaszcza szukał jakiejś zaczepki: albo się bardzo mylę, albo też w ciągu tej właśnie zimy pojawił się Syn naturalny651, o którym przyjdzie mi niebawem mówić. Poza tym, iż dla przyczyn, które odsłonię w dalszym ciągu, mało zostało dokumentów z tej epoki, i te nawet, które mi zostawiono, nie są zbyt ścisłe co do daty. Diderot nie datował nigdy listów. Pani d’Epinay, pani d’Houdetot datowały jedynie dniem tygodnia; Deleyre najczęściej tak samo. Kiedy chciałem uporządkować te listy wedle kolei, trzeba było uzupełniać po omacku niepewne daty, tak iż nie ze wszystkim mogę na nich polegać. Tak, nie mogąc oznaczyć z pewnością początku tych niesnasek, wolę raczej przedstawić w jednym ustępie wszystko, co mogę sobie przypomnieć.

Powrót wiosny podwoił me tkliwe szaleństwo; porwany miłosnym uniesieniem, ułożyłem do ostatnich części Julii szereg listów odbijających wiernie zachwycenie, w jakim je kreśliłem. Mogę przytoczyć między innymi list elizejski652 i przejażdżkę po jeziorze, które, jeśli się nie mylę, znajdują się na końcu czwartej części. Ktokolwiek, czytając te dwa listy, nie czuje jak mu serce topnieje i mięknie w rozczuleniu, które mi je podyktowało, winien zamknąć książkę: nie jest mu dane sądzić o rzeczach uczucia.