Najdroższy Pająkowaty Ojczulku!

Czy praca nie jest przyjemnością? A może pan nigdy nie pracował? Szczególnie wtedy jest przyjemnością, kiedy to, co robimy, jest nam najmilsze ze wszystkiego na świecie. Pisałam, ile tylko pióro mogło nadążyć, codziennie tego lata i mam jedynie żal do życia, że dni nie są dość długie, abym mogła dać wyraz pisany wszystkim pięknym, cennym i zajmującym myślom, jakie snują mi się po głowie.

Ukończyłam drugą część mojej książki i jutro o wpół do ósmej z rana rozpoczynam trzecią. To najmilsza książka, jaką widział pan kiedykolwiek; tak — doprawdy — proszę się nie śmiać. Nie mogę myśleć o niczym innym. Zaledwie mogę doczekać się z rana chwili, kiedy po ubraniu się i zjedzeniu śniadania mogę zasiąść do niej, a potem piszę, piszę, piszę jednym tchem, dopóki nagle nie poczuję się tak zmęczona, że myśl moja jest jak sparaliżowana. Zabieram wtedy Colina (naszego nowego psa owczarka), hasam z nim po polach i podczas tego zbieram świeży zapas pomysłów na następny dzień. To stanowczo najpiękniejsza książka, jaką widział pan kiedykolwiek. O, przepraszam, już raz to powiedziałam.

Nie uważa mnie pan przecież za zarozumiałą — prawda, Ojczulku?

Nie jestem zarozumiała, doprawdy; tylko w tej chwili taka jestem rozentuzjazmowana! Może później trochę ochłonę, będę usposobiona bardziej krytycznie i lekceważąco do mojej pracy. Ale nie, jestem pewna, że nie. Tym razem napisałam prawdziwą książkę. Przekona się pan sam.

Spróbuję na parę chwil mówić o czym innym. Nie pamiętam, czy pisałam panu, że Andrzej i Karusia się pobrali? Oboje pracują jeszcze tutaj, o ile jednak mogę osądzić, małżeństwo nie wyszło żadnemu z nich na dobre. Ona śmiała się dawniej, kiedy zdarzyło mu się wleźć w błoto lub rozsypać popiół na podłogę, a teraz — o, gdyby pan mógł słyszeć, jak go za to beszta! Nie przypieka też już sobie grzywki na czole. On znów, który z taką gotowością wyręczał ją w trzepaniu dywanów i przy znoszeniu naręczy drzewa do kuchni, pomrukuje teraz ze złością, jak go o to prosi. Jego krawaty stały się też jakieś bezbarwne — czarne lub brązowe, gdy dawniej płonęły szkarłatem i purpurą. Postanowiłam nie wyjść nigdy za mąż. Małżeństwo musi być widocznie jakimś czynnikiem odbarwiającym.

Nie mam żadnych nowin do zakomunikowania panu o życiu na folwarku. Wszystkie zwierzęta mają się doskonale. Świnie nieprawdopodobnie się utuczyły, krowy mają zadowolone miny, a kury składają jajka i wysiadują je jak należy. Interesuje się pan drobiem? Jeżeli tak, pozwolę sobie polecić panu nieocenione małe dziełko „200 jajek rocznie z każdej kury”. Mam zamiar urządzić na przyszłą wiosnę wylęgarnię i hodować kurczęta. Widzi pan, że osiadam w Wierzbinkach na stałe. Postanowiłam pozostać tutaj, dopóki nie napiszę stu czternastu powieści, jak matka Anthony’ego Trollope’a275. Będę mogła wówczas powiedzieć sobie, że spełniłam zadanie moje w życiu i że mogę spocząć na laurach, to znaczy — podróżować.

Pan James McBride spędził u nas zeszłą niedzielę. Mieliśmy na obiad pieczone kurczęta i lody; i jedno, i drugie znalazło jego uznanie. Byłam ogromnie rada, że go widzę; przypomniał mi na chwilę, że poza Wierzbinkami istnieje szeroki świat. Biedny Jimmie jest udręczony swoimi akcjami. Nie może nikomu ich wtrynić, mimo że zachwala je jak najgoręcej. Tutejszy Bank Farmerów nie chciał mieć z nimi nic do czynienia, mimo że dają sześć, a czasem siedem procent rocznie. Myślę, że Jimmie zrobiłby najlepiej, powracając do Worcester, gdzie znajdzie zajęcie w fabryce ojca. Jest zbyt szczery, zbyt łatwowierny i ma zbyt miękkie serce, aby mogło mu się dobrze wieść jako finansiście. Ale być kierownikiem świetnie prosperującej fabryki bluz roboczych — to stanowisko bardzo pożądane, jak się panu wydaje? Tymczasem kręci jeszcze nosem na bluzy, ale przeprosi się z nimi.

Mam nadzieję, że oceni pan należycie długość tego listu, pisanego przez osobę dotkniętą kurczem pisarskim. Kocham pana zawsze, Ojczulku ojczysty, i jestem bardzo szczęśliwa.

Żyjąc wśród pięknej natury, mając w bród smacznego jadła, wygodne łóżko do spania, ryzę276 białych, dziewiczych arkuszy papieru i garniec277 atramentu — czegóż można jeszcze żądać od świata?