Agata pospieszyła bez słowa protestu, natomiast z dwiema poprzecznymi bruzdami na czole. Zastanawiała się nad tym, w czym zawiniła. Co poszło nie po myśli rozkazodawczyni? Czy tartynki nie były dość cienko pokrojone? Znalazły się może łupinki w ciastkach orzechowych? A może któraś z pań wizytatorek dostrzegła dziurę w pończoszce malutkiej Zuzi? Kto wie?! Może — wielkie nieba! — któryś z jej własnych cherubinków11 z Sali F trafił kamykiem w jednego z opiekunów?
Długa sala na dole nie była oświetlona i w chwili kiedy Agata schodziła ze schodów, ostatni z grona opiekunów stał gotów do wyruszenia w otwartych drzwiach prowadzących do bramy wejściowej. W przelocie tylko mignęła przed nią jego postać, dając jej wrażenie czegoś bardzo wysokiego. Wysoki pan skinął ręką na samochód czekający na zakręcie podjazdu. Szofer zakręcił korbę motoru i podjechał bliżej dziobem naprzód, tak że w jaskrawym świetle automobilowych12 latarni zarysowały się na tle muru linie sylwetki pana. Cień wydłużał groteskowo ramiona i nogi, które biegły po posadzce i pięły się po korytarzowym murze. Wyglądało to zupełnie jak wielki, pełzający pająk.
Wystraszoną twarz Agaty rozpogodził wybuch śmiechu. Jej słoneczna natura chwytała pożądliwie każdą okazję do zabawy. Dużo dobrej woli trzeba było istotnie na doszukanie się powodu rozbawienia w przytłaczającym fakcie istnienia kogoś takiego jak opiekun. Posiadała ją widocznie Agata, bowiem rozweselona tym drobnym epizodem stanęła uśmiechnięta przed obliczem pani Lippett. Ku swojemu zdumieniu spostrzegła, że i na twarzy zarządzającej gościł jeśli nie wyraźny uśmiech, to w każdym razie wyraz pewnej życzliwości. Wyglądała prawie tak uprzejmie jak w dni odwiedzin wizytatorów.
— Usiądź, Agato, mam ci coś do powiedzenia.
Agata opuściła się na najbliższe krzesło i czekała z zapartym tchem. W tej chwili przemknął za oknem samochód; pani Lippett pogoniła za nim wzrokiem.
— Czy zauważyłaś pana, który w tej chwili odjechał?
— Widziałam go z tyłu.
— To jeden z naszych najzamożniejszych opiekunów, podtrzymujący hojnymi zasiłkami istnienie Domu Wychowawczego. Nie wolno mi wymieniać jego nazwiska. Zastrzegł sobie specjalnie, że chce pozostać nieznany.
Oczy Agaty rozszerzyły się z lekka; nie przywykła do tego, aby ją wzywano do biura w celu dyskutowania z zarządzającą na temat dziwactw panów opiekunów.
— Pan ten zainteresował się kilkoma naszymi chłopcami. Pamiętasz Karola Bentona i Henryka Freisa? Ich obu posłał pan... hm... hm... ów opiekun do kolegium13 i obydwaj odwdzięczyli się usilną pracą i postępami w naukach za pieniądze tak wspaniałomyślnie wyłożone na ich kształcenie. Innej wypłaty dobroczyńca ich nie żądał. Dotychczas jego filantropia14 kierowana była wyłącznie na chłopców. Nie udawało mi się nigdy zainteresować go w najlżejszym bodaj stopniu żadną z dziewczynek w naszej instytucji, chociażby najbardziej na to zasługiwała. Nie dba widocznie o dziewczęta.