PS Prawda, jakie to ładne zakończenie? Ściągnęłam je z listu Stevensona.

*

Sobota

Jeszcze jedno dzień dobry! Nie zdążyłam zakopertować (mój wynalazek!) tego listu wczoraj przed przyjściem listonosza, dodam więc jeszcze kilka słów. Pocztę mamy raz dziennie, w południe. Wiejska poczta jest błogosławieństwem dla ludności folwarcznej. Nasz listonosz nie tylko roznosi listy, ale załatwia dla nas w mieście drobne sprawunki po pięć centów od sztuki. Wczoraj przyniósł mi sznurowadło, słoik maści (spaliłam sobie skórę na nosie, zanim zdążyłam kupić nowy kapelusz), niebieski krawat i buteleczkę czernidła207. Za wszystko razem wziął tylko dziesięć centów. Zrobiłam doskonały interes dzięki tak licznym zamówieniom naraz.

Opowiada nam też, co się dzieje w wielkim świecie. Kilku farmerów prenumeruje gazety, odczytuje je więc nasz listonosz podczas drogi, a potem opowiada zawarte w nich nowiny tym, którzy nie otrzymują pism. Wobec tego, w razie gdyby wybuchła wojna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Japonią albo gdyby prezydent został zamordowany, albo gdyby pan Rockefeller208 zapisał milion dolarów na Dom Wychowawczy imienia Johna Griera — nie ma pan potrzeby zawiadamiania mnie o tym. Dowiem się na pewno od listonosza.

Wciąż jeszcze nie widać „panicza Jerry’ego”. Gdyby pan mógł widzieć, jak lśni się czystością cały nasz dom i jak długo i jak gorliwie wycieramy nogi, zanim odważymy się przestąpić próg!

Mam nadzieję, że wkrótce przyjedzie. Tęsknię za kimś, z kim można by porozmawiać. Pani Semple, jeśli mam wyznać prawdę, staje się nużąco jednostajna. Nie pozwala nigdy na zatamowanie nieprzerwanego potoku swojej wymowy dopływem świeżej myśli.

Dziwni są tutaj ludzie. Ich światem jest ten jeden mały szczyt pagórka. Nie są ani trochę wszechświatowi, jeśli pan rozumie, co chcę przez to powiedzieć. Powtarza się tutaj identycznie stan rzeczy w Ochronie imienia Johna Griera. Nasze myśli były tam zagrodzone czterema ścianami żelaznych sztachet, z tą różnicą, że mniej mnie to wówczas obchodziło, bo byłam młodsza i tak strasznie zaharowana. Zanim zdążyłam pozaściełać wszystkie łóżka i poszorować wszystkie umorusane buziaki moich maleństw, pójść do szkoły, wrócić z niej, pomyć dzieciom buzie po raz drugi, zacerować ich pończoszki, załatać spodenki Fredka Perkinsa (rozdzierał je codziennie, przez całe swoje życie) i wyuczyć się w międzyczasie zadanych mi lekcji — była już pora na spanie, więc nawet nie mogłam zauważyć braku stosunków ze światem. Ale po dwóch latach spędzonych wśród rozmownych studentek kolegium brak mi tego. Będę też rada spotkać człowieka mówiącego moim językiem.

No, nareszcie. Wydaje mi się, że teraz już naprawdę skończyłam, Ojczulku. Nic nowego nie przychodzi mi w tej chwili do głowy.

Postaram się napisać następnym razem ciekawszy list.