My, najbliższa rodzina, idziemy po raz pierwszy do wuja w gości. Jest sobota. Nieliczne chłopskie wozy widać na szosie. Jedne jadą do miasta, drugie z niego wracają. Chłopi patrzą na nas odświętnie wypoczętych i wykąpanych. Niektórzy chłopi znają ojca. Łapią się za daszki i pozdrawiają:
— Niech będzie pochwalony...
— Na wieki wieków!
Słońce stoi w środku pola, które jest czyste i puste. Za topolą, w cieniu siedzi pochylony człowiek, który przewija onuce. Drugi śpi na trawie ze słońcem na tyłku. Chłopka z dwoma pustymi koszami klęczy przed figurką Matki Boskiej, która wisi na topoli. Figura jest czarna, bez twarzy. I oto wyłania się szary, wilgotny płot rosyjskiego cmentarza. Jest tu chłodno i obco. Krzyże straszą.
— O! Tam — wyciąga ojciec rękę na pola — jest Weisówka.
Z daleka czerni się coś dużego, to las albo park. Z czerni od czasu do czasu prześwituje biała plama.
— Tu jest dziedziniec — powiada ojciec — a tamto białe to pałac.
Słowo „pałac” wywołało u mnie mocniejsze bicie serca. Nigdym jeszcze nie widział pałacu. Z bajek wiedziałem, że w pałacach mieszkali cesarze lub królowie, czy też inni wielcy dygnitarze. Z myślą, że w pałacu mieszka mój wuj Mordechaj-Mendel w rozchełstanym chałacie, nie mogłem się oswoić. Po prostu nie mieściło mi się to w głowie.
Matka widocznie też nie może w to uwierzyć. Teraz w ostatniej chwili przestała w to wierzyć.
— Czy w tym pałacu — pyta — rzeczywiście mieszka Mordechaj-Mendel?