Zdaje mi się, że twarz mamy trochę się ściągnęła. Mnie taka twarz mamy nie podoba się. Wiem, że weszła tu dumnymi krokami. Liczyła się z tym, że ją powitają z orkiestrą, że się nią będą cieszyć. A tu ciotka Chana zachowuje się po pańsku. Ma na sobie jedwabną czarną suknię ze złotą broszą na szyi. Skąd to wszystko wzięła? Skąd wie, jak to nosić? Po czystej twarzy mamy przebiegła krzywa zmarszczka. Nikt tego nie zauważa. Ale ja mam oczy otwarte. Nikt tak jak ja nie zna się na zmarszczkach mamy. Ale to wszystko jest mylące i pozorne. Ciocia Chana pozostała tą samą ciocią, dobrą kobietą, tą, która zwykła była do nas wpadać z samego rana na rozmowę. Jej chód wcale nie jest pański i wcale nie przypomina chodu ciotki Noemi. Pierwsze wrażenie okazało się fałszywe. Wręcz przeciwnie, jak tylko zeszła ze schodów, kroki jej wróciły do dawnego taktu. Stały się znowu nerwowe i powszednie. Z rozjaśnioną twarzą podbiegła do mamy i objęła ją ramieniem. Okryła pocałunkami. Nie posiadając się z radości, zawołała:
— Kochana Frumet, żebyś mi zdrowa była! I co ty na to wszystko? Co powiesz o Mordechaju-Mendlu?
— Przecież zawsze ci mówiłam — powiada mama i ze wzruszenia ściera łzę z oka.
— Żebyś mi długo żyła szwagierko moja! Wdzięczna jestem: przedtem Bogu, a potem tobie.
— Obyś Chano dożyła długich lat w szczęściu, czci i dostatku.
— Amen, kochany Boże w niebie! I niech Bóg również ciebie obdarzy bogactwem i niech spełni wszystkie twoje marzenia. Ty jedna mi mówiłaś, że Mordechaj-Mendel wysoko zajdzie kiedyś w Polsce.
I mówiąc to, ciocia Chana roniła łzy ze szczęścia.
— Znam go lepiej od ciebie, Chano, chociaż to twój mąż.
Wuj Mordechaj chodzi z ojcem. Objął go ramieniem. Szwagrowie widać przeprosili się. Z geszeftów Mordechaja nie bije już brzydki zapach. Przeciwnie, ładnie teraz pachną. Pachną jak siano mego ojca. Usłyszawszy swoje imię wymienione przez mamę i ciotkę Chanę, wuj Mordechaj zostawia ojca i podbiega do nich.
— Pocałujmy się, kochana Frumet — i objąwszy ją ramieniem, dodaje — obyś mi zdrowa była, ty moja szwagierko!