Rejzel opowiada mi jeszcze wiele rzeczy o kwiatach. Pokazuje mi te, które sama zasadziła i sama hoduje. Ale ja już jej nie słucham. Już pragnąłbym być w pałacu i zobaczyć, jak tam jest w środku.
I nagle rozlega się z daleka głos:
— Rejzel, Rejzel!
— Już idę mamo — odpowiada Rejzel i bierze mnie za rękę.
— Widzisz — powiada do mnie — tam w dole jest sad. Tam rosną gruszki, jabłka i czereśnie. Mnóstwo dobrych rzeczy. I wszystko to należy do nas. Zdajesz sobie sprawę?
Oczywiście, że zdaję sobie sprawę. Gdybym nie należał do jej rodziny, to nie mógłbym tak swobodnie chodzić po całym tym majątku i zaglądać do każdego kąta.
Wszystko należy do Mordechaja-Mendla — kwiaty, które ogrodnik uważa za swoje wnuki, również należą do niego. Potwierdza to nasza wizyta. Wszyscyśmy przyszli popatrzeć na jego bogactwo. Ciotka Noemi z mężem Ben-Cijonem też przyszli. Przyszli na piechotę. Taki szmat drogi na własnych nogach.
Siedzą teraz w białym pałacu na miękkich, wygodnych, staromodnych fotelach. Wuj Ben-Cijon ciężko oddycha, wyciera z czoła krople potu i rozgląda się dookoła.
Jest tu wiele do oglądania i jeszcze więcej do pytania. Takich pokoi i takiego gospodarza jeszcze nikt z nas nie widział. Z wyjątkiem może mego ojca, który często bywał z racji profesji we dworach dziedziców.
— To nie są pokoje, to są sale — powiada ojciec. Sale są duże i chłodne. Są to takie pokoje z zegarami, które stoją sobie pod szklanymi kloszami, na ciemno rzeźbionych kafelkowych kominkach. Nad drzwiami wiszą jelenie rogi i wypchane ptactwo, które patrzy na nas dużymi szklanymi oczyma. Czai się w nich zdumienie i zmieszanie.