— Poszedł! — powiedział miękko i łagodnie.
Po czym zwrócił się do ojca Diego:
— Nie uganiam się, dostojny panie, za zaszczytami. Po cóż mi zaszczyty? Mam, jak widzicie, wszystko.
I z dworskim gestem dodał:
— Wejdźcie jednak, dostojny panie, do środka. Moi ludzie wskażą wam drogę. Chcecie zapewne dotrzymać towarzystwa panu Wielkiemu Inkwizytorowi?
— Tak — powiedział padre Diego — stan czcigodnego ojca wymaga tego.
Z kolei don Miguel zwrócił się ku kapitanowi, który stał obok chmurny i milczący.
— Wy jesteście panem de Montesa?
Don Lorenzo drgnął.
— Skąd mnie znacie?