— Ojcze wielebny, przysięgam, nie moja to wina. Czcigodny ojciec zbudził się, zadzwonił na mnie, kazał mi, abym mu pomógł podnieść się i ubrać...
Padre Diego przyśpieszył kroku.
— Nieszczęsny, uczyniłeś to?
Braciszek bezradnie rozłożył ręce.
— Jakże mogłem nie usłuchać?
Na progu celi stał doktor Garcia, również blady i wystraszony.
— Głupcze! — zawołał padre Diego — jak mogłeś do tego dopuścić?
Odsunął go szorstkim ruchem ramienia i skierował się ku drzwiom prowadzącym do celi czcigodnego ojca. Nim je otworzył, zawahał się, nie dłużej jednak niż ułamek sekundy. Potem wszedł do środka.
Cela była obszerna, lecz mimo białych murów mroczna. Tylko w pobliżu okiennego wykuszu skupiało się nieco więcej dziennego światła. Tam właśnie, w głębokim krześle, otulony płaszczem podbitym futrem, siedział padre Torquemada. Trzymał się prosto, dłonie miał złożone na kolanach. Usłyszawszy skrzypnięcie drzwi, poruszył się.
— To ty, Diego? — spytał nieswoim, dalekim głosem.