— Dla niego żyjemy.

— Człowiek ma tylko jedno życie.

— Jedno ziemskie i jedno wieczne. Czyż jednak z tej niepowtarzalności nie wynika nakaz, aby swoim życiem, myślami i uczynkami nie rzucał człowiek cienia na tych, którzy po nim nadejdą? Czemu jedno chore istnienie ma zatruwać inne, i grzechy i występki jednego człowieka mają się kłaść ciężarem na barki innych?

Diego milczał. Wydało mu się, że bardzo daleko, w głębi niezmiennie martwej i zimnej poświaty roztaczającej się wśród nocy, biją dzwony. Chwilę nadsłuchiwał. Była cisza.

Spytał półgłosem:

— Ojcze, dlaczego mówisz mi to wszystko? Czyż nie zostałem już osądzony?

Torquemada podniósł się z krzesła i wyprostował.

— Tak, to prawda — powiedział prawie młodzieńczym głosem. — Wyrok na ciebie zapadł.

Diego pochylił głowę. „Nie wolno mi się bać” — pomyślał.

— Ty sam na siebie wydałeś wyrok — rzekł Torquemada.