Gdy niebawem pan de Sigura, poprzedzony przez brata Diega, wszedł do celi — czcigodny ojciec klęczał przy łóżku pogrążony w modlitwie. Stary rycerz przeżegnał się krótkim, żołnierskim ruchem i usunąwszy się pod ścianę czekał w milczeniu, aż Wielki Inkwizytor skończy modły. Po chwili padre Torquemada podniósł się. Fray Diego, bardzo blady, skierował ku niemu pytające spojrzenie.

— Zostań — powiedział czcigodny ojciec.

Po czym zwrócił się do pana don Carlosa.

— Pokój z tobą, szlachetny kapitanie.

Ten z szacunkiem skłonił głowę.

— I z tobą, czcigodny ojcze. Brat Diego powiedział, że chcieliście mnie widzieć. Czy macie dla mnie jakieś rozkazy?

— Żadnych. Raczej twojego doświadczenia i rady potrzebuję.

Bliżej okna przysunął ciężki fotel i tak usiadł, żeby twarz mieć w świetle.

— Rozmyślałem ostatnio nad wieloma sprawami — zaczął cicho, w skupionym zamyśleniu, jakby mówił do samego siebie. — Myślałem również i o tym, co powiedzieliście mi przed kilkoma dniami, jeszcze w Saragossie.

Pooraną ciemnymi bruzdami twarz pana de Sigura rozjaśnił blask prawie młodzieńczej żarliwości.