— Ojcze mój! — powiedział pan de Sigura z akcentem rozterki.

Padre Torquemada podniósł powieki, jego oczy pełne były troski i znużonego smutku.

— Spowiadałem się dzisiejszej nocy i jeszcze nie zdążyłem przystąpić do Pańskiego Stołu.

Czcigodny ojciec podniósł dłoń i uczynił nad panem don Carlosem znak krzyża.

— Rozgrzeszam cię więc, mój synu, ponieważ to, co chcesz uczynić, czynisz z prawdziwej wiary i dla jej umocnienia.

— Niech Bóg zachowa cię dla nas przez długie lata, mój ojcze — powiedział pan de Sigura.

Po czym podszedł do stołu i ruchem człowieka nie przywiązującego wagi do jedzenia sięgnął po chleb i ser, do kubka zaś nalał wina. Wypił je z tym samym nieuważnym pośpiechem, odstawił puchar i wówczas, gdy sięgał po chleb — pobladł, dreszcz nim wstrząsnął, poderwał więc rozwarte, lecz już sztywniejące palce do gardła i równocześnie z krzykiem, który uwiązł mu w porażonej krtani, zachwiał się, raz jeszcze, nieporadnie coś bełkocąc, usiłował się podźwignąć, lecz w tej samej sekundzie, z oczyma uderzonymi ślepotą, zwalił się swym wysokim ciałem na stół, ten się gwałtownie pod jego ciężarem przechylił i wtedy stało się, że wśród brzęku i klekotu spadających naczyń pan de Sigura upadł na ziemię, twarzą do kamiennej posadzki.

— Boże! — krzyknął z mrocznego kąta celi fray Diego.

Nastała cisza. Po chwili padre Torquemada powiedział:

— Mój synu.