W jakich rejonach Zofia Panek będzie w tym momencie prze­bywać? Chyba w odległych, lecz na pewno własnych, bo choć lu­dziom postronnym będzie się mogło zdawać, iż z dobrowolnego od­dalenia nieprzerwanie bierze udział w życiu towarzyskim, jedno­cząc się z gośćmi wyprostowaną czujnie kibicią oraz cokolwiek nazbyt wypukłymi oczami — sympatyczny i wyraźnie nieśmiały głos, który tuż obok niej zabrzmi, zaskoczy ją i zamąci owe niewiado­me, własne afery.

— Ależ nie, oczywiście — odpowie z akcentem całkiem innym aniżeli ten, do którego przywykła w odległych czasach, gdy była ambasadorową w Hadze, w każdym razie nieco dziwnie brzmiący w jej przywiędłych i uszminkowanych wargach tak przecież oddalo­nych od czasów, gdy popijały były mleko z rodzicielskiego sklepiku przy ulicy Zielnej; tam gdzie teraz stoi Pałac Kul­tury.

A Ariel przypomniawszy sobie, że tytuł ambasadora jest do­żywotni:

— Pozwoli pani ambasadorowa, że się przedstawię. Jestem Marek Kuran.

W jakiejś mierze prezesowa Panek powinna poczuć wdzięczność dla nieznajomego młodzieńca, bowiem zwrot „pani ambasadorowo”, na podobieństwo nadawczego systemu radiowo-radarowego, sprowadzi ją natychmiast z mętnych przestrzeni, przywracając miejsce na ziemi, w tym momencie posadzkę pałacową pod nieco obrzmiałymi nogami i kopułę niebiańską wysoko ponad głową.

— Bardzo mi miło — powie, podając młodemu człowiekowi rękę.

Oczywiście Kuran z szacunkiem należnym osobom najwyżej postawionym pochyli się i na tłustej, obficie w pierścionki przystrojonej dłoni złoży nieśmiały pocałunek. Jednocześnie jego ład­ne oczy umkną niespokojnie na bok, natychmiast jednak przywróci im wyraz szczerej młodzieńczości, a lekkie opuszczenie powiek, uwydatniając długość jego dziewczęcych rzęs, uczyni go tak wzruszająco niewinnym, iż Zofia Panek z pewnością życzliwie się uśmiechnie.

Wówczas Kuran:

— Już od dawna marzyłem, żeby być pani przedstawionym, pani ambasadorowo. Wiele razy prosiłem o ten zaszczyt Ksawerego.

— To pan zna Ksawerego?