Tylko raz jeden wśród tych zmagań opuścił ją instynkt samozachowawczy, a stało się to pewnej nocy marcowej we Lwowie, kiedy nagle zbudzona z pierwszego snu musiała, na wpół ubrana, uciekać przez parterowe okno, skoro przed kamienicę, w której po ciężkich poszukiwaniach znalazła schronienie, zajechały o pierwszej w nocy dwie kryte brezentem ciężarówki i niemieccy żandarmi poczęli się dobijać do bramy. Była senna, śmiertelnie znużona, chciała spać. Ale ludzie, którzy jej tak wiele ofiarowali, siłą ją zmusili do ucieczki. Dom nie został, na szczęście, otoczony, więc pod brutalnym przymusem mogła się wyśliznąć z parterowego okna na rozmiękłą, wilgotną ziemię, w koszuli tylko i w jakiejś przypadkowej wiosennej, bardzo kolorowej sukience, cały dom już był pełen zaciemnionych świateł, stała pod murem w tych cienkich i kruchych smugach dygocąc z zimna, z niewyspania i z braku chęci życia, wysoko w górze roztrącały ciszę chrapliwe krzyki Niemców, miała na nogach nazbyt luźne, wieczorowe pantofle na wysokich obcasach i te obcasy od razu się zanurzyły w wilgotną i rozmiękłą ziemię, już przy pierwszym kroku musiała się schylić i wydobyć je z ziemi, a przy każdym kroku następnym też się w ziemię zapadała, aż wreszcie niezdolna do dalszej walki, pozostawiła jeden pantofel ugrzęźnięty w wilgotnej glinie i dalej szła śmiesznie kulejąc, wreszcie, gdy już poza sobą pozostawiła tamten dom w ciemnościach pełnych przekleństw i lamentów i gliniasta ziemia pod nią zmieniła się w twardy trotuar, strąciła ze stopy i ten drugi pantofel i szła przed siebie, w obcą noc, boso, ulice były puste, domy umarłe, jak po przejściu zarazy, niebo bez gwiazd, żadna różdżka nie poruszyła przed nią martwych wód Czerwonego Morza, gdzie zatem iść, gdzie być i u kogo się schronić?, aż wreszcie, gdy się w tej kolorowej, jaskrawo wiosennej sukience i bosa znalazła na skrzyżowaniu pustych i nieznanych ulic, stanęła i na pewno wspomożona duchami przodków powiedziała w ciemnościach na głos:
— Boże, odwróć ode mnie decyzję, czy mam iść w prawo, czy w lewo!
W którąkolwiek stronę poszła wtedy, we Lwowie w marcu roku 1943 — ocalała. Od lat prawie dwudziestu żyje w Paryżu, skończyła wbrew licznym przeciwnościom Szkołę Filmową i to z wysokim odznaczeniem, ale jak dotąd nie dotarła do wyższych regionów tej sfery, pod pseudonimem Françoise Martin pracuje w krótkim metrażu, kręci komercjalne filmy reklamowe, ociera się o sztukę, lecz sama jej robić nie może. Posiada w ósemce, w nowoczesnej kamienicy, własne biuro, sekretarkę i asystenta, z których wyciska ostatnie poty, ma futro z lamparta, MG 1100, mieszkanie w Neuilly i wiejski dom pod Paryżem w małej kamiennej, wyludnionej wsi, czterdzieści kilometrów od Paryża, dom z siedemnastego wieku, który w stanie ostatecznej ruiny kupiła za niedużą sumę, aby później kosztem wielu tysięcy franków oraz niewyczerpanej energii przekształcić tę rozpadającą się ruderę w nowoczesne wnętrze, w którym rozległa sieć z kominkiem i długim renesansowym stołem, wyłożona płytami kościelnymi z siedemnastego wieku, sąsiaduje z suteryną wyposażoną w najnowocześniejszą aparaturę do centralnego ogrzewania, z kuchnią urządzoną według wymagań „Expressu” i podobnie funkcjonalną łazienką na półpiętrze, prócz sieni dwa pokoje na dole ma ten dom i trzy na piętrze, poza tym ogród kamiennymi tarasami spadający w dół, tego wszystkiego, więc biura w ósmej dzielnicy, mieszkania w Neuilly i domu wiejskiego pod Paryżem, oraz wielu innych rzeczy wymaga od dawnej królewny, Frani Goldberg, jej obecna sytuacja i jako Françoise Martin musi o tę swoją miarę walczyć z uporem i z energią nie mniejszymi od zaciętości, która przed wieloma latami-wiekami kazała jej walczyć o życie. Jak na małą królewnę z małego miasteczka na kresach Polski i też jak na dziewczynę, która w mroczną noc marcową znalazła się na rozstajach ulic Lwowa w niedorzecznie kolorowej, wiosennej sukience i boso — osiągnęła nieprawdopodobnie wiele, choć dużo mniej, niżby pragnęła jej gwałtowna, zaborcza i namiętna natura. Jest jeszcze piękna, nosi się od kilku lat na rudo, co interesująco podkreśla nieskazitelną biel cery, jej niebieskie oczy jak gdyby lekko przyciemniały, lecz wciąż zachowują wilgotny, wspaniale lśniący poblask, w trosce o linię wypowiedziała stanowczą wojnę łakomstwu, a szczególnie upodobaniu do potraw tłustych, ciężkich i mącznych, jada prawie wyłącznie ryby i mięsa z rusztu, czasem tylko w przystępie dojmującego głodu jedzie na Marais i tam w którejś z żydowskich restauracji pożera kapiącą tłuszczem gęś, stara się też używać ruchu i gdy tylko czas jej pozwala, parkuje swego MG 1100 gdzieś na St. Germain i w towarzystwie czarnego pudelka wyrusza pieszo na obchód małych antykwariatów, dla zdrowia, ale też w poszukiwaniu starych fajansów, świeczników lub interesujących naczyń z miedzi albo cyny. A jednak, mimo tylu zachodów i wyrzeczeń — starość powoli, lecz nieustępliwie poczyna się zadomawiać w lustrach jej łazienek w Neuilly i pod Paryżem.
Gdy choruje, nikt się o nią nie zatroszczy i nie zaniepokoi, bywa niekiedy równie samotna, jak w tamtą wiadomą noc, choć jest to samotność innego gatunku, mniej na oko dramatyczna, za to ugruntowana aż po kres życia. Nie zna siebie i to tak dalece, iż naprawdę szczerze nie zdaje sobie sprawy, że siebie nie zna. Siła, która nią targa i trzęsie, a kiedyś pozwoliła przetrwać, teraz bywa jej kulą u nogi, choć ona o tym nie wie i wiedzieć nie chce. Na swój sposób jest istotą wspaniałą i wielkoduszną, o czym wie dobrze, ale też potworkiem despotyzmu, o czym wiedzieć nie chce i nie wie rzeczywiście. Chciałaby być małą, słabą kobietką noszoną przez mężczyzn na rękach, ale życie ją przyzwyczaiło, że za wszystko trzeba płacić, więc też płaci wszystkie rachunki i tych, za których płaci, uważa za swoją własność. Chciałaby służyć, ulegle się poddawać, ofiary składać, natura zmusza ją do kupowania i trzeźwego obliczania strat i zysków. Przeżyła jedną wielką miłość i kilka miłości pomniejszych, wszystkie je jednak niszczyła, stając się w swoim najgłębszym poczuciu ofiarą małych i pozbawionych skrupułów egoistów, dużo by o tym pisać, widać życie nie dla miłości i dla kochania ją stworzyło.
Lecz jakkolwiek się potoczą losy Frani Goldberg, duchy przodków chyba wciąż przy niej wiernie czuwają, bo tak, jak jest teraz, a nie jest całkiem dobrze, ocalona z najstraszliwszych pogromów i morza krwi i łez, i zadomowiona w świecie, w którym nigdy nie była, nie jest i nie będzie królewną, po nocy nie zawsze lekko przespanej, gdy rano udaje się do łazienki w Neuilly, czy tej drugiej w wiejskim domu pod Paryżem, czy w razie podróży związanych z interesami: do hotelowej w Londynie, w Kolonii albo w Rzymie, zawsze wśród bogatej kolekcji szczotek, kremów, ręczników, gąbek, kredek, perfum i wód, otóż gdy znajdzie się w którejś z tych łazienek i przysiądzie na sedesie, niezmiennie dzień w dzień odmawia na głos następującą dziękczynną modlitwę:
— Boże, dziękuję ci, że mi to dobrze funkcjonuje,
Boże, dziękuję ci, że mam co włożyć, aby miało co wyjść,
Boże, dziękuję ci, że mam dach nad głową i jest mi ciepło,
Boże, dziękuję ci, że mam telefon.
Ale nie byłaby sobą, nie byłaby królewną z miasteczka na dalekich kresach, gdyby opowiadając niekiedy przyjaciołom tę historyjkę, nie dodawała: popatrzcie, wszyscy Boga o coś proszą, a tylko ja jedna dziękuję!