Podchodząc do willi, Antek od razu dostrzega, że w pokoju matki świeci się, nie może natomiast wiedzieć, czy ojciec jest w domu, ponieważ okna obszernej mansardy, którą Raszewski prze­robił na swój gabinet oraz sypialnię, wychodzą na stronę prze­ciwną, na ogród. Skoro jednak Antek otworzy drzwi frontowe i znajdzie się w hallu — natychmiast dotrą do niego odgłosy hałaś­liwej pijatyki na górze. Jeszcze nie zapaliwszy światła i nie zdjąwszy mokrej peleryny, powinien się chyba przez moment zawahać, czy nie wyjść z domu. Nienawiść do ojca. Lecz gdzie pójść i do kogo? Zaczyna żałować, że nie został z Magdą. Lecz nie dłu­żej niż przez moment. Ksawery Panek? Też natychmiast ten pomysł porzuca. Poczucie bezdomności. Równocześnie, choć bardzo chciał­by się znaleźć poza domem, zdaje sobie sprawę, że jest zbyt zmęczony i rozbity, aby jeszcze raz wyjść na dwór i jechać do miasta w poszukiwaniu noclegu. Więc nie zapalając światła wciska swoją pelerynę na wieszak pełen męskich płaszczy, ściąga gumo­we wellingtonki, chwilę się waha, czy nie pójść do kuchni, aby napić się herbaty i coś zjeść, jest głodny, a przede wszystkim spragniony gorącego napoju, skoro jednak przychodzi mu na myśl, że gdy się znajdzie w kuchni, może się niespodziewanie zjawić ktoś z góry, choćby ojciec — rezygnuje z posiłku i z herbaty, i w wełnianych skarpetkach, ostrożnie stąpając, aby odgłos je­go kroków na schodach nie dotarł do matki, wchodzi na górę, u dołu drzwi do pokoju matki, tuż przy podłodze, światło prześ­wituje wąziutką smugą. Antek stoi bez ruchu, nie mogąc się zde­cydować na przebycie kilku kroków, jakie go dzielą od pokoju, sąsiadującego z pokojem matki, hałasy z góry właśnie nagle przy­cichły i Antek jest pewien, że w tej nagłej ciszy i w ciemnoś­ciach podłoga bardzo głośno zaskrzypi pod jego krokami, chciał­by pójść do łazienki, lecz nie ma odwagi poruszyć się i dopiero gdy wrzawa męskich głosów znów się rozlega — dociera do swego pokoju, możliwie najostrożniej odmykając i zamykając drzwi, a potem nagle osłabły, jakby miał za sobą ogromny wysiłek fizyczny, opiera się plecami o framugę drzwi, czoło ma spocone i dłonie wilgotne, w głębi na wprost, w słabym poblasku niezbyt od domu odległej latarni widać suchy i delikatnie podczerniony za­rys wysokiej topoli, drobne, na wietrze wirujące pyłki śniegu, prawem kontrastu może się ten smutny i swojski pejzaż skoja­rzyć na moment Antkowi z kolorytem światła jakby sączącego się przez płynącą wodę albo gęste listowie, więc z kolorytem, któ­ry dzięki soczystej wiosennej zieleni za oknem i drobnemu deszczowi stwarzał szczególnie osobliwe piękno i towarzyszył udręczonym rozmyślaniom umierającego Leonarda, chyba pod wpływem tego przelotnego obrazu Antek głębiej odetchnie i być może dopiero teraz, gdy stan napięcia nagle się w nim rozluźni, poczu­je się rozpaczliwie sam i beznadziejnie nieszczęśliwy, tak os­tatecznie nieszczęśliwy i samotny, jak może nim być chłopiec dwudziestoletni, którego po raz pierwszy w życiu przygniata pra­wdziwe cierpienie, a jeszcze nie wie, że czeka go w przyszłości wiele samotności i wiele ciężkich nieszczęść.

Zdaje się, że przy tym nowym zetknięciu z Antkiem znów mnie poniosło, i to tak dalece, że jakaś cząstka wzruszenia tego chłopca mnie samemu się udzieliła. Trudno, śpij ironio! Zresztą na razie tylko projektuję, staram się sytuacyjnie zor­ganizować i uporządkować puste miejsca.

Ten moment, kiedy Antek w ubraniu rzuca się na pościelony na noc tapczan i płacze, przyciskając twarz do poduszki, aby jego łkania nie dosłyszała ze swego pokoju matka — tę scenę mam już od dawna wymyśloną. Celina Raszewska mimo zmęczenia jeszcze się nie położyła. Do koleżeńskich przyjęć męża zdążyła się już przyzwyczaić, minęły również dość dawno czasy, kiedy Stefan, wracając do domu z pijaństwa na mieście lub u siebie odpro­wadziwszy do drzwi ostatnich gości, bez względu na godzinę i czy już spała, czy jeszcze nie — zachodził do jej pokoju, aby w długich i chaotycznych monologach zwierzyć się przed nią z róż­nych swoich politycznych kłopotów i wątpliwości. Te nocne pijac­kie spowiedzi musiały ją męczyć, lecz z drugiej strony były dla niej w jakiejś mierze dowodem, że Stefan, w codziennym domo­wym współżyciu coraz dalszy, coraz bardziej obcy i w sobie się zamykający, przecież pod wpływem rozluźnienia, jakie daje al­kohol, właśnie u niej szuka schronienia i przed nią szczerze (choć z pijacką przesadą) siebie odsłania. Teraz wie, że nic podobnego się nie stanie i stać nie może. Stefan od dobrych kilku lat przestał się u niej zjawiać w stanie alkoholowego po­dekscytowania lub załamania. Ostatni raz, i to po długiej przer­wie, przyszedł we wrześniu ubiegłego roku, w okresie zbrojnej interwencji na Czechosłowację, wrócił do domu po północy, był bardzo pijany, lecz jego gwałtowne potępienie współudziału wojsk polskich w tej brutalnej agresji wydawało się całkiem trzeźwe, wówczas pod wpływem przygnębienia własnego i jakby w nadziei, że właśnie teraz odnajdą oboje zagubione wśród minionych lat porozumienie, zaczęła mówić szczerze i nie tylko o Czechosłowa­cji, lecz o wszystkim, o wszystkich udręczających ją schorze­niach zniekształcających i degenerujących życie tego kraju, o zwyrodnieniu Partii przede wszystkim, tej Partii usztywnionej i zakłamanej na zewnątrz, obcej narodowi, a od wewnątrz przeżar­tej strachem, służalstwem, cynizmem i krecimi intrygami, mówi­ła z takim przejęciem, ku niemu siedzącemu w fotelu przy tapczanie pochylona, iż nie zauważyła, jak z początku słuchał jej osłupiały, z niedowierzającym zdumieniem, a potem, w miarę jak ona się ożywiała, on chłódł, jego rozogniona od alkoholu twarz stygła i kamieniała, aż wreszcie w pewnym momencie, gdy zaczęła mówić o Związku Radzieckim — ciężko się podniósł, chwilę stał bez ruchu wyprostowany i już zupełnie trzeźwy, po czym odep­chnąwszy nogą zawadzający fotel, wyszedł bez słowa, trzasnąwszy z całej siły drzwiami. Nazajutrz wyjechał z domu bardzo wcześ­nie, przed śniadaniem, i później nigdy do tej nocnej sceny nie wrócili, ani on, ani ona.

Więc jeśli teraz Celina Raszewska mimo zmęczenia i złego samopoczucia jeszcze się nie położyła, to przede wszystkim dla­tego, iż wie, że nawet po zażyciu nasennego proszka pijackie hałasy na górze nie pozwolą jej zasnąć. Antek, jeżeli powracał do domu późniejszym wieczorem, a w jej pokoju świeciło się je­szcze światło, zawsze, bodaj na chwilę zaglądał, żeby opowie­dzieć, gdzie był i co robił, i powiedzieć dobranoc. Dzisiaj wolałaby prawdopodobnie, aby Antek wrócił później, gdy goście ojca już się rozejdą. Jednak Antek był w błędzie, przypuszcza­jąc, że matka jego powrotu nie dosłyszała. Przeciwnie, wracała właśnie do siebie z łazienki, więc słyszała, jak otwierał i zamykał drzwi frontowe.

Trochę ją pewnie zaniepokoi, że nie poszedł do kuchni cze­goś zjeść i nie wstąpił do łazienki, on, który tak zawsze dba o czystość i tyle czasu poświęca zabiegom toaletowym. Czy podobnie jak Stefana (bo jego bardzo) drażnią ją i rażą długie włosy oraz trochę ekscentryczny sposób ubierania się syna? Chyba raczej nie. W nazbyt wiele prawd i wartości towarzyszących jej życiu w latach minionych zwątpiła, aby nie być wyrozumiałą i tolerancyjną. Zresztą Antek z niewymuszonym wdziękiem obnasza swoje długie, starannie pielęgnowane włosy, i jak w tym sezonie: jaskrawe szaliki, obcisłe spodnie koloru bordo oraz staroświecką pelery­nę. Jeśli ją coś w tym stylu niekiedy dziwi, a może nawet w sposób nieco niepokojący zdumiewa, to fizyczne podobieństwo syna do ojca, tak uderzające, iż w pewnych momentach, gdy widzi Antka na ulicy lub poruszającego się z ożywieniem po mieszkaniu — wyda­je się jej nagle, że to Stefan sprzed wielu lat, tylko w wypoży­czonych teatralnych rekwizytach, jakby się wybierał na maskaradę.

W oczekiwaniu na koniec zebrania na górze, zresztą dopiero jedenasta dochodzi, siedzi najprawdopodobniej w swoim ulubionym, głębokim fotelu z wysokim oparciem, czy z książką? chyba tak (może Lord Jim?), nie wydaje się jednak, żeby czytała, jest zbyt zmęczona i zbyt wiele różnych myśli ją oblega, może ją np. jesz­cze raz zastanowić ów zbieg okoliczności, że akurat dzisiaj zobaczyła z daleka Nagórskiego, w przeddzień nie tylko urodzin syna, lecz i rocznicy śmierci Elżbiety, akurat jutro minie trzy­dzieści pięć lat, miałaby pięćdziesiąt osiem, gdyby żyła, kim mogłaby być? żoną Nagórskiego, sławną pianistką, matką nie­wiadomych dzieci — a może tylko starą i schorowaną, zawiedzioną w wielu nadziejach kobietą, bez śladów dawnej urody, może jakąś podrzędną nauczycielką muzyki w szkole powszechnej, oczekującą bliskiej emerytury? Lepiej nie ubierać umarłych w urojone maski, wszystkie im pasują i żadna. O czymkolwiek jednak będzie rozmyślać — cisza w pokoju syna z pewnością ją zastanowi. Żadnego od­głosu, jakby nikogo w pokoju obok nie było. Pomyśli więc najpew­niej, że musiała nie dosłyszeć, kiedy Antek przechodził do ła­zienki. I gdy uspokojona podniesie leżącą na kolanach książkę — usłyszy płacz za ścianą. Być może w pierwszej chwili się jej wyda, że się musiała przesłyszeć. Lecz nie, po długiej minucie, gdy szloch będzie przycichać i znów, chociaż wyraźnie tłumiony, zza ściany dotrze, nie może mieć wątpliwości.

czwartek, 23 kwietnia

Wczoraj wieczorem, przeglądając notatki do części III Non consummatum, ostatecznie się zdecydowałem, żeby esej Antka Raszewskiego umieścić teraz, to znaczy po rozmowie Celiny z synem, kiedy Antek z początku oporny (też chyba jak każdy słaby zaw­stydzony, że dał się przyłapać w momencie słabości) i w sobie zamknięty, rezygnuje wreszcie z milczenia i chaotycznie, dając pełny upust swojej egzaltowanej uczuciowości, zwierzy się matce z ostatnich przeżyć. Lecz rozżalenie z powodu utraty Magdy łączy się w jego świadomości z zadawnioną niechęcią do ojca, wyolbrzymia ją i nieomal się nią upaja, uważając, że przede wszystkim ojciec ponosi odpowiedzialność za wszystko, co jest w Polsce złe. Siedząc na tapczanie z nogami podwiniętymi pod siebie (Celina już chyba przed tym zaświeciła lampę umieszczoną na stoliku obok), rozgorączkowany i z oczami pociemniałymi, już bez śladu niedawnego płaczu, powinien w pewnym momencie powiedzieć (na przytłumionym, aktorskim szepcie) coś w tym rodzaju: mamo, ja go nienawidzę, zawsze go nienawidziłem!, co jest nie­prawdą, ponieważ w dzieciństwie i jeszcze jako wyrostek ubóstwiał ojca, który w jego czułych oczach był uosobieniem męskiej siły i odwagi. Wydaje mi się jednak, że Antek, boleśnie zraniony w swo­ich uczuciach, powinien w tej zadrażnionej niechęci do ojca po­sunąć się jeszcze dalej: zdając sobie sprawę, że fizycznie jest do ojca podobny (tu oczywista sprzeczność, bo przenosząc swoją nienawiść również i na wygląd ojcowski, siebie samego raczej lu­bił, starannie swoją urodę pielęgnując), lęka się, że w przysz­łości także i psychiczne cechy ojca mogą w nim dojść do głosu, czuje się więc niejako wszechstronnie zagrożony przez wrogi ży­wioł, co z kolei w jego własnym odczuciu czyni z niego ofiarę, spychaną wbrew woli ku mrocznej przepaści.

Najprawdopodobniej Celina dzięki wrodzonej intuicji orientu­je się w skomplikowanym mechanizmie tej uczuciowo-intelektualnej rozterki syna, nie wydaje się jednak, żeby uważała za właściwe przeciwstawić się jej akurat w tym momencie, gdyż Antek jest tak rozdrażniony i nieszczęśliwy, wie, że rozsądne perswazje nie bywa­ją w podobnych sytuacjach lekarstwem skutecznym.

Przychodzi mi w tej chwili na myśl, że teczka z maszynopi­sem eseju Antka powinna leżeć nie na biurku, jak to sobie do tej pory wyobrażałem, lecz bliżej, na podręcznym stoliku przy tapczanie, przy takiej „scenerii” Celina, która siedzi na tapczanie, może w pewnym momencie skierować wzrok właśnie na teczkę, Antek, chociaż pochłonięty złowrogą wizją swojej przyszłości, natych­miast to spojrzenie przychwyci i niechybnie skorzysta z okazji, aby schronić się w lepszą i niejako suwerenną cząstkę swojej oso­bowości. Pracował nad esejem w tajemnicy przed matką, powodowany trochę wstydliwością pisarską, a także i z tych samych pobudek, które skłaniają zakochanego do skrywania uczuć, aby nic ze świa­ta mniej doskonałego nie mogło zamącić zamkniętego i tajemnicze­go kręgu adoracji. Teraz wszakże, w sytuacji zupełnie nowej, od­czuje potrzebę, aby ową lepszą swoją cząstkę przekazać matce, zapewne trochę i w nadziei, że zostanie przez nią zrozumiana i zaakceptowana. Opowie zatem o swoim eseju, może nawet przeczyta list skierowany do Nagórskiego i dołączony do tekstu. A może tak zrobić, żeby Antek przeczytał matce całość? Młodzi chłopcy lubią na ogół czytać swoje utwory, zwłaszcza, jeśli czytają je dobrze i wiedzą o tym, a Antek z pewnością o tym wie. Celina z wielu względów może sama zaproponować synowi, żeby przeczytał esej, za­pewniając go, że wcale nie jest zmęczona. I Antek również z wielu względów chyba się zgodzi. Zeskoczywszy z tapczana, przysunie matce fotel, żeby mogła wygodnie się rozgościć, po czym wróci na tapczan, a ponieważ w pokoju jest bardzo ciepło — pozbędzie się pomarańczo­wego szalika, ściągnie gruby golf i podkurczywszy pod siebie nogi zacznie czytać.