Zresztą, o ile sobie przypominam, coś w tym rodzaju mówiłem wam wczoraj. Ale jeżeliście się do mnie zwró­cili jako do przyjaciela rodziny, to o jedno bym was prosił, towarzyszu Otocki. Dzisiaj jest ślub Moniki, wstrzymajcie się z zakomunikowaniem jej waszej decyzji do... powiedzmy, do po­niedziałku. Po co psuć dziewczynie humor w tak uroczystym dniu?

OTOCKI

Jasne, towarzyszu Raszewski, sam to wziąłem pod uwagę.

RASZEWSKI

To świetnie!

I już chce w tym momencie zaprosić Otockiego do siebie na przyszły piątek (będzie to samo towarzystwo, co wczoraj), gdy się natychmiast reflektuje, że taki pośpiech byłby z jego stro­ny poważnym błędem, wystarczy, jeśli Otocki otrzyma podobne zaproszenie za tydzień, nawet lepiej: za dwa albo trzy tygod­nie, słabych ludzi nie należy rozpieszczać.

3.

Po śniadaniu nieco późniejszym niż zwykle Adam Nagórski wraca do łóżka i czyta zaczętą przed paroma tygodniami Mszę za poetę.

MSZA ZA POETĘ

Umarł na zawał serca, w Londynie, w lutym 1969 roku. Pols­kę opuścił w pamiętnym wrześniu, więc w ciemnej i głębokiej pre­historii, z pewnością nie zdając sobie wówczas sprawy, że nigdy do ojczyzny nie powróci, trzydzieści lat przeżył na emigracji, wielokrotnie, jakby w nieustannym poszukiwaniu domu, zmieniał miejsca pobytu, kraje i miasta, najpierw był we Francji i krót­ko w Portugalii, potem wyjechał do Stanów Zjednoczonych, ale po iluś latach powrócił do starej Europy, mieszkał w Paryżu i w Rzymie, później przeniósł się do Anglii i jeszcze raz do Pa­ryża, aż wreszcie śmierć dosięgła go w londyńskim szpitalu. Gdy­by żył, obchodziłby za pół roku, w sierpniu, swoje siedemdziesięciopięciolecie.