środa, 29 lipca

Pierworodny grzech literatury polskiej: nie mieliśmy w średniowieczu narodowej epopei. Język polski dopiero w pierw­szej połowie XIV wieku zdołał wystękać kilka zwrotek religij­nej pieśni, z których dwie pierwsze pochodzą prawdopodobnie ze stulecia poprzedniego. Nie mogły u nas powstać ani skandynaws­kie eddy i sagi, ani Parcival i Pieśń o Nibelungach, ani Lancelot i Pieśń o Rolandzie. Język, niezdolny do stworzenia narodowego eposu, musiał się beznadziejnie opóźnić w ukształto­waniu języka powieściowego i dramatycznego. Geniusz Kochanows­kiego stworzył tylko polską poezję. Jak na jednego człowieka, to bardzo wiele. Ale wszechstronnego rozwoju literatury, więc przede wszystkim prozy powieściowej i dramatu, nawet Kochanowski nie mógł zapewnić.

czwartek, 30 lipca

Zawiadomiono mnie dzisiaj telefonicznie, zresztą w sposób jak najbardziej kurtuazyjny, iż na razie, niestety, paszportu zagranicznego otrzymać nie mogę, może trochę później, kiedy się sytuacja wyjaśni. Nie spytałem, jaka sytuacja i na czym jej wyjaśnienie ma polegać?

Natychmiast po telefonie zabrałem się do poprawiania ma­szynopisu Miazgi. Jesienią roku ubiegłego, gdy na zaproszenie PEN Clubu miałem jechać do Oslo i Helsinek — w dniu, w którym przyszło zawiadomienie, że paszportu nie otrzymam, natychmiast po bardzo wielu miesiącach zniechęcenia i bezsilności wróciłem do pracy nad Miazgą. Po paru tygodniach byłem szczęśliwy, że nie muszę jechać i nieomal wdzięczny Ministerstwu Spraw Wewnę­trznych, że zostałem załatwiony odmownie.

wieczorem

Przeczytałem, robiąc drobne poprawki, cały Dziennik, poprze­dzający tekst i tekstu około pięćdziesięciu stronic.

Nie wiem, dlaczego mi się to przypomniało. Miałem wówczas dwanaście, może trzynaście lat. Była u nas służąca od niedawna. Nie pamiętam ani jej imienia, ani nazwiska. Ale pamiętam, że by­ła drobna i miała ciemną, cokolwiek tatarską twarz. Była mało­mówna i chyba się u nas źle czuła, może dlatego, że myśmy nie mogli jej polubić. Pewnego dnia — pewnie byłem chory, jeśli przed południem byłem w domu, nie w szkole — chcąc sobie ułat­wić rozpalenie ognia pod kuchnią wzięła bańkę z naftą i wilgot­ne drzewo ułożone w palenisku poczęła skrapiać. Wybuch nastą­pił gwałtownie. Usłyszałem tylko huk. Całe mieszkanie się zakołysało. O ile pamiętam, nie pobiegłem do kuchni. Od matki się dowiedziałem, że dziewczyna objęta nagle ogniem wyskoczyła przez mały lufcik, na podwórze, mieszkaliśmy na drugim piętrze. Przyjechało pogotowie. Umarła w szpitalu po paru godzinach. Wtedy, zaraz potem, kiedy mieszkanie się zakołysało, modliłem się po raz ostatni. Pamiętam to bardzo dobrze. Nie pamiętam, czy za nią; drobną, płonącą dziewczynę, szukającą ratunku w ubogiej cząsteczce okna, czy w ogóle. Potem przez wiele lat się nie modliłem. Ale jeszcze później, bardzo później, już ja­ko młody człowiek przeżyłem wiarę namiętnie, lecz krótko. Ogar­nęła mnie chyba tylko dlatego, żebym mógł napisać swoją pierw­szą młodzieńczą powieść Ład serca, poczęła bowiem wygasać, gdy książkę ukończyłem. Teraz jednak, gdy tak wiele lat i różnorod­nych doświadczeń dzieli mnie od tamtych czasów — myślę niekie­dy, iż wszystko, co robię i czego nie robię, wszystko, co myś­lę, co odczuwam, czego pragnę i czym się dręczę, wszystko, kim jestem i kim nie jestem — zostało nieodwracalnie i aż po kres mego życia ukształtowane przez wyobrażenia i normy chrześcijań­skie (katolickie?).

sobota, 1 sierpnia

Od kilku dni rejon Starego Miasta został zamknięty dla aut, tylko do jedenastej rano mają prawo wjazdu ciężarówki aprowizacyjne. Umówiony z Markiem właśnie na Staromiejskim Rynku wszedłem ze Świętojańskiej, jakby w świat nie z miasta: cisza i słychać było świergot wróbli.