*** (Rośniesz, nocy kamienna...)
Rośniesz, nocy kamienna, i coraz mi ciężej
przedzierać się przez cienie w zakamarkach grozy.
Wiatry — maski bezgwiezdne — dmą w spróchniały księżyc,
tynk się sypie i bielmem kałuże zachodzą.
Nad brzegami epoki jak nad wyschłą studnią
zatrzymam się. Podziemne jękną wodopoje.
Chciałem dotrzeć do siebie i coraz mi trudniej
łamać myśli i słowa z kamieniem oswoić.
Ci ludzie, których mijam, jakże inni we mnie,