Patrzaj, przyjacielu, staw się kołysze

Na wiosnę tak gwałtownie, jesienią smutniej, ciszej.

Przyszło tu dużo chłopców i odwiązało łódkę —

Żebym to ja tak łatwo przepłynąć mógł po smutku.

W tym białym, ciasnym domu chodzą różni panowie.

Rysują coś na tablicach, mówią słowo po słowie.

W mądrości swej okrutnej nie spojrzą nawet w okno,

Jak drzewa potargane pod srebrnym deszczem mokną.

Tak ich to mało wzrusza i tak im wszystko jedno,

Czy liście są zielone, czy oczy smutkiem więdną.