Nie, nie, tak dłużej być nie może! — —
Nagle staje — krótki, nerwowy śmiech:
Ha, ha! — Nie może!...
Zwiesza głowę, opiera się dłonią o stół, a po chwili, prawie nieświadomie, osuwa się znów we fotel. Milczenie. Potem westchnienie, głębokie, spazmatyczne, jakby przemocą z piersi się wydzierające — i nagle wybuch płaczu. Płacze zrazu głośno, namiętnie, potem coraz ciszej — ostatnie łkania, do westchnień podobne, wstrząsają nią już bez głosu. — Długa chwila milczenia. — Stefan pojawia się na progu prawie bez szelestu.
Zmrok wieczorny poczyna padać.
STEFAN
stoi przez chwilę we drzwiach, potem postępuje parę kroków i pochyla się nad Psychą
Psyche!...
PSYCHE
podnosi z wolna głowę i patrzy przez chwilę na Stefana, jakby go nie poznawała.