— Nie o Toma mi idzie — rzekł. A po chwili dodał: — W każdym razie jest źle.
Milczeliśmy dość długo, potem Piotr znów zaczął:
— Marta...
— A tak, Marta — powtórzyłem.
— Trzeba coś postanowić?
Zdawało mi się, że w głosie jego usłyszałem znowu tę nutę, pamiętną mi z okropnej podróży przez Mare Frigoris po śmierci Woodbella. Odezwał się we mnie głuchy bunt. Spojrzałem mu bystro w oczy i odrzekłem z naciskiem:
— Trzeba.
On uśmiechnął się jakoś dziwnie i nic nie odpowiedział.
Tego dnia nie mówiliśmy już więcej o tej sprawie.
Długa noc przeszła w milczeniu i nudzie. Tom był trochę niezdrowy i Marta, zaniepokojona, ciągle nim była zajęta. Patrzyliśmy na jej bezbrzeżną czułość macierzyńską i kto wie, czy nie wtedy właśnie zrodził się w nas nieświadomie wstrętny plan wyzyskania jej miłości dla dziecka, aby ją nakłonić do uległości względem naszych życzeń. W każdym razie ta noc pustki i nudy przekonała nas, iż trzeba ostatecznie „coś postanowić”.