Z młyńca — bez wypoczynku — przeszedł do cięć zadawanych w powietrze podstępnie i pewnie, z długą szablą w ręku wyglądał jak potworna, piekielna maszyna, jedynie do poruszania tej błyszczącej stali wymyślona. Była to zresztą jego duma i samoobrona, ta mistrzowska sztuka szermierska, przez którą potrafił ułomną swą postać zrobić straszną dla każdego, kto by go chciał lekceważyć lub zadrwić z jego kalectwa...

Nareszcie rzucił szablę. Zmęczenie tym razem nie chciało mu uspokoić rozigranych nerwów. Wskoczył wyczerpany na fotel i zginął niemal w jego głębi. Z jedną nogą podwiniętą pod kolano, z drugą zwieszoną i niesięgającą posadzki, z rozrzuconymi na poręczach długimi rękoma, dysząc ciężko, wbił oczy w portret smukłego ułana, dziada swojego, co sponad żółtych rabatów wpół zwróconą twarzą uśmiechał się doń ze ściany niemal szyderczo i złośliwie.

Poleski pobladł i przygryzł wargi. Powolnym i jakby mimowolnym ruchem głowy przeniósł wzrok na hebanowy, perłową macicą32 inkrustowany33 stolik obok kominka, na którym stała niewielka, żelazna szkatułka.

Turski!

Poczuł w tej chwili niepohamowaną, zawziętą nienawiść do tego człowieka. Za to, że był zdrowy i smukły i piękny, że miał prawo do życia i korzystał zeń i za to jeszcze, że odjeżdżając w świat, zostawił mu, jako przyjacielowi, tę zamkniętą, zimną, żelazną szkatułkę w depozycie. Nie mówił mu nigdy, co w niej jest, ale Poleski wiedział to dobrze. W długich, szarych godzinach i w noce bezsenne czuł przez stal zapach jej słów, słów miłosnych i gorących, na kartkach listowego papieru spisanych, gdy oczy przymrużył, widział w letnie świty lub w zimowe wieczory, w czerwonych blaskach ognia z komina bijących dłonie jej białe, na szkatułce, jakby własności swej, oparte; obracał się z lękiem, bo mu się zdawało, że jest gdzieś poza nim zawieszony na powietrzu jej uśmiech, że krąży dookoła niego w obrzasku niepewnym spojrzenie jej oczu...

Szkatułka, którą przed dziesięciu laty przyjął obojętnie, owszem, ze skrytym uśmiechem politowania, że Turski do tak marnej rzeczy przywiązuje wagę i daje mu ją do przechowania — ta szkatułka stała się powoli częścią jego życia i myślenia, tak że możliwość samą, iż mu będzie odebrana, uważał teraz za groźbę amputacji, po której pustka trupia w głowie zostanie. Sam nie wiedział, jak się to stało i kiedy. W każdym razie było to na długo przed tym, nim księżną Helenę zobaczył w Rzymie na Schodach Hiszpańskich34 wśród kwiatów ze słońcem ku niemu idącą.

Przypomniała mu się teraz znowu ta dziwna godzina. Usiłował rozwikłać w sobie wszystko, co się z nim działo, wynaleźć związek, następstwo i sens tych rzeczy. Obie nogi podwinął pod siebie, ręce zsunął aż na koniec poręczy fotelu, skulił się i zgarbił jeszcze więcej i siedział tak nieruchomy, jak jakieś potworne lasów australskich35 zwie­rzątko, z oczyma uporczywie wytrzeszczonymi przed siebie.

Więc co jest właściwie? Od dziecka — może właśnie dzięki swemu upokarzającemu kalectwu — miał nienawistny wstręt do wszystkiego, co tylko było kobietą, bez względu na wiek, postać, stanowisko... Malcem z przedziwną i wyszukaną złośliwością darł suknie swoim kuzynkom i kłuł je okrutnie a niespodziewanie; na uniwersytecie był wrogiem koleżanek; jako człowiek dojrzały z wytwornie zimną grzecznością i bezlitosną wzgardą szydził z kobiet, jak gdyby ciętym dowcipem i całą wyższością jasnego umysłu mszcząc się na nich za to, że plecy jego garbate, śpiczasta głowa wciśnięta między krzywe ramiona, piersi kogucie, stopy i dłonie za duże...

Nienawiść tę zawziętą podniecała w nim jeszcze i potęgowała nieokiełzana jego zmysłowość o zwierzęcych iście wybuchach. W kochankach, jakie posiadał, przeważnie płatnych i krótkotrwałych, nienawidził kobiety, jako istoty duchowo niższej i pośledniej, a także fizycznie mu obcej i niezrozumiałej, która mimo to gorszą, zwierzęcą stronę jego jestestwa ciągnęła ku sobie nieprzeparcie i... upodlała. Nienawidził w nich po prostu swojej własnej, górującej w pewnych chwilach zmysłowości i gardził nimi bezgranicznie za to właśnie, że jego, kalekę i niedorodka, gotowe są jako samca przyjmować...

A jednak poza tą chmurą czarną, poza nienawiścią, wzgardą, wstrętem i złością spało w nim jakieś słońce ze wschodniej bajki, jakaś tęsknota za tym, aby było inaczej; przytłumiony wolą, szyderstwem na siedem spustów zamknięty sen o zaklętej królewnie, o piękności podobnej kwiatom czystym i wonnym, o uśmiechu, z którego zorza się rodzi.