— Jak to, nie wiesz? Aza!
— Twoja nowa suka myśliwska czy klacz?
— Cha, cha, cha! Aza! Cudo! Śpiewaczka, tancerka, którą się zachwycają obie półkule... Opiekuj się nią, Jacku, gdy odjadę!
Tak mówił wówczas Marek, roześmiany, wesoły, kipiący bujnym, młodym życiem...
Jacek zmarszczył brwi i przetarł ręką czoło niecierpliwie, jakby chciał odegnać przykre jakieś wspomnienia.
— Aza... Tak jest, Aza, którą się zachwycają obie półkule...
Wzniósł z wolna oczy na Księżyc.
— I gdzie ty teraz jesteś — szeptał — i kiedy powrócisz? I co opowiesz? Co tam zastałeś, co cię tam spotkało?
— Tobie wszędzie dobrze — dodał po chwili już na wpół głośno.
Tak, jemu dobrze będzie wszędzie, myślał, bo ma w sobie jeszcze ten pierwotny, niepowstrzymany, twórczy pęd życia, co umie wytworzyć naokoło pożądane stosunki, a nawet w najgorszych znajduje strony dobre...