— Nie, nie! Pozostań. Wiele jest rzeczy, co do których właśnie chciałem ciebie spytać o radę... Tylko teraz muszę nieco ochłonąć.
Dotknął ręką dzwonka, wzywając służącego.
— Trzeba się przede wszystkim posilić — rzekł z wymuszonym uśmiechem.
Służący właśnie wchodził. Jacek zatrzymał go we drzwiach skinieniem dłoni.
— Przygotuj nam śniadanie i poproś posłów z Księżyca, żeby tu do mnie przyszli...
Po odejściu lokaja Nyanatiloka podniósł oczy na Jacka.
— Jak zamyślasz postąpić wobec tych wieści o przyjacielu twoim, Marku?
Jacek tak już był przyzwyczajony, że ten niepojęty człowiek myśli jego czyta, nim w słowach się pojawią, iż nie zdziwił się nawet, skąd może wiedzieć o wydarzeniach ostatnich tygodni. Wzruszył tylko ramionami i rozłożył ręce szeroko.
— Nie wiem jeszcze. Podejrzani mi są ci karzełkowie. Zdaje mi się, że trzeba będzie nowy wóz zbudować i jechać na Księżyc...
Błysnęła mu jakaś myśl. Urwał i spojrzał na Nyanatilokę.