Potrząsnął z wolna głową i uśmiechnął się.

— Nie — zaczął, nie patrząc na Azę, jakby nie na jej odpowiadał pytanie — nie wyrzekałem się niczego, żadne mnie nie spotkały zawody, nie byłem zgoła na nic rozgoryczony, niczym rozczarowany.

Jacek poruszył się niecierpliwie na krześle.

— Więc czemuż...

Urwał nagle i zamilkł, wstydem jakimś ogarnięty, że pyta o to, co by powinien już był może zrozumieć.

Nyanatiloka podniósł nań oczy spokojne i jasne.

— Tamto było mało. Poszedłem dalej, chciałem żyć.

— Żyć...! — szepnął Jacek do siebie, jak echo.

W jednej chwili stanęło mu żywo w pamięci wszystko, co słyszał o tym człowieku dziwnym, jeszcze jako chłopiec nieletni, i co wiedział o nim teraz.

„Chciałem żyć” — mówił Serato-Nyanatiloka, on, którego imię było niegdyś synonimem życia samego, rozpętanej mocy, szczęścia, rozkoszy, władztwa.