Zniknęły rychło w stronie, ku której i pierwszy potwór błyszczący był podążał.
— Na Ziemi wszystko jest straszne — wyszeptał Roda zmartwiałymi usty17.
Mataret nie odpowiadał. Gdy patrzył za ptakami, uderzyło go położenie słońca na firmamencie. Stało już nisko i poczynało różowieć, za śreżogę18 jakąś złotawą zachodząc.
— Już dawno temu, gdyśmy wyszli z wozu? — spytał po chwili.
— Bo ja wiem? Może cztery, może pięć albo sześć godzin...
— Słońce stało wówczas w zenicie?
— Tak.
Mataret wyciągnął rękę ku zachodowi.
— Patrz, już się skłania. To niepojęte po prostu. Czyżby tak szybko przebiegało po niebie?
W pierwszej chwili i mistrz nie umiał sobie zdać sprawy z tego dziwnego dlań zjawiska. Przeraził się znów strasznie i patrzył osłupiałymi oczyma na słońce, które snadź oszalało, przebiegłszy w sześć godzin połowę niebieskiego sklepienia, podczas gdy na Księżycu zużywa na to godzin kilkadziesiąt. Ale wnet uśmiech rozjaśnił jego szerokie usta.