— To pańskie słowo ostanie? — rzekł Grabiec z chmurnie namarszczonymi brwiami.
Uderzyło Jacka coś w jego głosie czy w wyrazie twarzy, że spojrzał mu bystro w oczy.
— Dlaczego pan pyta?
Grabiec nachylił się ku niemu.
— A gdybym ja panu rzekł, że Ziemia już drży, że tam, pod jej skorupą zastygłą, wzdyma się już fala ognistego przypływu, czy i wtedy, i wtedy?
Nagłym ruchem wzniósł Jacek głowę. Patrzyli sobie przez pewien czas w oczy w milczeniu.
— Czy i wtedy? — powtórzył Grabiec.
Jacek długo nie odpowiadał. Wreszcie powstając, rzekł spokojnie, lecz twardo:
— Tak. I wtedy nawet nie dam innej odpowiedzi. Nie wierzę w tłumny ruch. Niech mnie pan słucha: to, co jest, jest ohydne, ale gdy wstręt we mnie wszystkie uczucia przemoże, gdy zwątpię ostatecznie i uznam, że od takiego bytu lepsza zagłada i to już sposób ostatni, by odepchnąć zalewającą nas płytką falę, to, co potrzeba, zrobię ja sam.
Powiedziawszy to, skinął głową i zwrócił się do odejścia ku miastu.