W tej chwili Marta wybuchnęła gwałtownym, długo powstrzymywanym płaczem i rzucając się na ziemię poczęła wśród łkań zawodzić z rozpaczą:
— Tomasz! mój Tomasz! mój dobry, ukochany Tomasz!
Wzywała zmarłego, jakby ją mógł wybawić od żywych.
Piotr żachnął się niecierpliwie.
— Nie ma co mówić ani na co czekać — rzekł. — Ciągnijmy losy.
Chciałem się jeszcze opierać. Było mi duszno i straszno. Chmury powlokły już pół nieba, nad morzem raz wraz przelatywały olśniewające błyskawice. Mały Tom, widząc matkę płaczącą, zaczął sam płakać.
Postąpiłem krok ku Marcie.
— Marta...
— Marta — powtórzyłem, dotykając z lekka dłonią jej ramienia.
— Precz! precz! — zawołała — wy wstrętni obaj!...