— Wiem o tym — wymówiła to całkiem obojętnie.
— Marta...
— Co?
— Zbliża się burza...
— Widzę...
Piotr westchnął nerwowo.
— Pójdź, ukryjmy się w pieczarze.
W oczach tliła mu się straszna, zwierzęca namiętność, przez kurczem ściśnięte szczęki z trudem dobywały się słowa, a ciałem jego wstrząsały raz po raz febryczne dreszcze.
Nie śmiałem spojrzeć na Martę. Usłyszałem tylko jej głos, stłumiony, obojętny:
— Dobrze. Idę.