Po pewnym czasie uspokoiła się nieco. Siedzieliśmy obaj z Piotrem przy jej łóżku, zgnębieni i zaniepokojeni do najwyższego stopnia, zwłaszcza że pozbawieni środków lekarskich, czuliśmy się bezsilni wobec choroby. Marta patrzyła na nas długo szeroko rozwartymi oczyma, a potem naraz zapytała, czy słońce już zaszło? Odpowiedziałem jej, że już się zaczęła długa noc na Księżycu.

— A prawda! — rzekła znacznie przytomniej. — Przecież na świecie jest ciemno, a tu światła się palą... Nie zauważyłam zrazu. A tam, nad Mare Frigoris, co teraz jest?

— Tam jest teraz dzień. Właśnie słońce wzeszło tam niedawno.

— Tak, słońce wzeszło... I świeci teraz nad grobem Tomasza, prawda? I to samo słońce znad tego grobu przyjdzie tu do nas z rana?

Skinąłem głową w milczeniu.

— To samo słońce... — mówiła znowu chora. — I pomyśleć, że tak codziennie, przez tyle dni księżycowych, to słońce patrzyło na grób, a potem na mnie tu żywą, i znów szło na grób opowiadać mu, co tu widziało.

Zakryła oczy rękami i poczęła drżeć na całym ciele.

— To jest okropne! — powtarzała.

Piotr sposępniał i spuścił głowę. Zdawało mi się, że na pożółkłym i zwiędłym jego obliczu dostrzegłem nagły krwawy rumieniec, rozlewający się aż po zbrużdżone czoło.

Musiała to dostrzec i Marta, bo zwróciła się ku niemu: