Czułem, że daremną rzeczą byłoby powtarzać im teraz to, co mówiłem tyle razy, iż ja jestem zwyczajnym człowiekiem, nieobdarzonym zgoła żadnymi tajemniczymi siłami i tak samo, jak oni wszyscy, śmierci podległym. Nie wiedziałem, co robić, w uszach brzmiał mi tylko nieustanny, do jakiejś przeciągłej litanii podobny głos: „Zostań z nami!”.
Spojrzałem na Adę. Stała na uboczu w swym kapłańskim stroju, z ogromną powagą w całej postaci, ale zdawało mi się, że na jej ustach dostrzegam jakiś uśmiech — pół szyderczy, pół smętny...
— Po coś ich tu przywiodła? — zapytałem.
Uśmiechnęła się znowu i podniosła na mnie dotąd spuszczone ku ziemi oczy:
— Wszak słyszysz, Stary Człowieku, czego chcą od ciebie.
Dokoła brzmiało bez ustanku:
— Zostań z nami!...
Tego było mi już za wiele.
— Nie! nie zostanę! — krzyknąłem twardo. — Nie zostanę, bo...
I znowu nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Jakże im wytłumaczyć, że idę zobaczyć Ziemię, gwiazdę ogromną i jasną, za którą tęsknię, nie utwierdzając ich tym samym w mniemaniu, że jestem nadprzyrodzoną istotą?...