I oni na twarz upadli przed widokiem Ziemi, po której deptali ich ojcowie...
Powstawszy, nie śmieli się zbliżyć do mnie, a gdy ja, wreszcie ochłonąwszy, zawołałem ich i począłem im jeszcze wzruszeniem przerywanym głosem tłumaczyć zjawisko, które mieli przed sobą, stali dokoła mych kolan zalęknieni, grozą przejęci, jakby niepewni, czyli w najbliższej chwili nie uniosę się nad ich głowy i nie poszybuję bladym powietrzem, hen, ku tej świetlistej gwieździe!
Ach! gdybym to mógł uczynić!...
I wtedy, gdym do nich mówił — nierozumiany — zajęła mnie nagle ta myśl tak, że bezwiednie prawie zamilkłem, zapatrzony na Ziemię, czując tylko, że tym ludziom dokoła siebie nie mam nic zgoła do powiedzenia.
I oni milczeli dość długo, aż wreszcie, skupiwszy się nieco poza mną, zaczęli trącać się łokciami i szeptać:
— Patrz, patrz, on przybył stamtąd! — mówił jeden do drugiego, wskazując snadź126 na Ziemię.
— Wtedy, gdy tu jeszcze nikogo nie było...
— Tak... On tu przywiódł dziada Piotra i jego żonę, Martę...
— A jednego, który był ojcem naszego praojca, pozostawił na pustyni martwym. Tak Ada uczy.
— Tego w Piśmie nie ma. Tam jest tylko mowa o Adamie, to niby Piotr, i o...