VII
Na Mare Frigoris.
Jestem sam — i takim straszliwym lękiem przejmuje mnie ta bezbrzeżna samotność i głusza. Zdaje mi się, że już umarłem i płynę w tym wozie, jak w Charonowej łodzi, ku jakimś nieznanym krainom...
A przecież znam to bezdroże i widziałem już te góry, rysujące się na horyzoncie dokoła. Jechałem już tędy przed laty, przed długimi laty! Ale wtenczas dążyliśmy ku życiu, a teraz...
Boże! daj mi tyle sił jeszcze tylko, abym zdołał dotrzeć tam, do grobu O’Tamora! O nic Cię już więcej nie proszę.
Obiecałem księżycowemu ludkowi, że jeśli sił mi starczy powrócić z pustyni, zamieszkam już pośród nich do końca życia, ale ja wiem, że nie powrócę z pustyni...
Chociaż może potrzebniejsza by teraz była obecność ma przy Ciepłych Stawach niż kiedykolwiek.
Jeśli to jest prawdą...
Dziwną i straszną wieść usłyszałem w chwili odjazdu.
Słuchajcie mnie, ziemscy ludzie: