— Nie, nie! Oni są straszni!

— Straszni, straszni! — zawołali mnisi.

Marek zwrócił pytające oczy na Elema. Na twarzy zakonnika malował się wstręt, z bólem wprost graniczący. Pochylił głowę, a po chwili wykrztusił:

— Straszni są. Sam ich, panie, zobaczysz.

— Chcę wiedzieć teraz. Czy mają co ludzkiego w sobie?

— Nic. Okrom rozumu. A i ten jest inny, bo zła i dobra nie rozróżnia.

— Jak wyglądają?

— Mniejsi są od nas. Tak, jeszcze mniejsi. Mają skrzydła, ale tylko z trudem ich używają. Umieją wydawać głos i mowę ludzką potrafią zrozumieć, między sobą jednak porozumiewając się za pomocą świetlnych rozbłyśnięć na czole... Ach! są straszni! i ohydni! ohydni! i źli...

Marek powstał. Dookoła niego byli teraz wszyscy Bracia zgromadzeni; nieopodal leżał ogromny stos ciał i kości, ze wzgórza słonecznego zniesionych. Ruszono też z miejsca namioty stare i podkładano pale i płótna, ażeby płomieniom dać lepszą strawę. Elem, spostrzegłszy, że Zwycięzca przygląda się stosowi, przerwał opowiadanie i pojrzał179 mu w twarz pytającym wzrokiem.

— Czy mamy ich spalić? — rzekł po chwili.