Marek rzucił się ku nim, zgrozą przejęty.

— Stójcie, psy! — krzyknął — przecież ten człowiek żyw jeszcze, a bronić się już nie może!

Elem go zatrzymał:

— Panie, daj pokój. To nie jest człowiek. To morzec...

A widząc pytający wzrok Marka, dodał schylając głowę swoim zwyczajem:

— Opowiem ci później, panie. Daj pokój. Dobrze jest, że zginął.

Ciało nieznajomego tworzyło już tylko jedną krwawą masę, w którą wciąż biły kamienie. Marek odwrócił ze wstrętem głowę od tego widoku, a mnisi tymczasem, tańcząc około niego, śpiewać jęli jakiś hymn tryumfalny:

„Przyszedł nam Zwycięzca!

Poraził szerna, poraził morca piorunem!

Dla ludzi jest Księżyc; śmierć wrogom naszym!