— To rzecz dla mnie nowa! — zawołał Marek.

Cień niechęci przemknął po szerokiej twarzy Rody.

— Nie grajmy w chowankę. Wobec mnie to niepotrzebne. Przecież ja wiem.

— Więc ludzie, powiadasz pan, zawsze mieszkali na Księżycu? tutaj, tutaj zawsze mieszkali?!

— Nie. Tutaj nie mieszkali. Przywiódł ich tu, nie wiem dla jakich celów, mąż w legendzie Starym Człowiekiem nazwany.

— Przywiódł ich? skąd?

— Skąd pan teraz przybywasz — odparł Roda patrząc, bystro w oczy Zwycięzcy.

— A skądże ja przybywam, jeśli łaska?

Roda nie odpowiedział natychmiast. Siedząc na stole, obok którego zajął miejsce Marek, wsparł dłonie na kolanach i nachylił się nieco, patrząc wciąż w oczy Markowi, jakby z góry chciał zbadać wrażenie, jakie słowa jego wywrą. Po chwili dopiero rzekł powoli i dobitnie:

— Przybywasz pan... z tamtej strony.