Ihezal przyjmowała podarki w milczeniu — z dziwnym jeno, prawie błędnym uśmiechem na ustach, a kiedy ręce miała już pełne wszelkich rzeczy drogocennych, zdało się posłom, że zły blask nagle w oczach jej zaświecił, podobny do błyśnięcia krótkiej stali, znienacka w pierś uderzającej. Ale rychło przywarła powieki i uśmiechając się miłościwie a kusząco, mówić jęła do posłów zdumionych:

— Zaliście mi nie przywieźli rzeczy najcenniejszej, która droższa jest o wiele od tych pereł różowych, po posadzce się oto z dźwiękiem toczących, jako że ręce moje są zanadto pełne?

Aza255 nie wziął kto z sobą dla mnie rzeczy najczerwieńszej i jak dzwon po kraju szernów huczącej?

Czemużeście mi nie przywieźli podarku najkosztowniejszego, który żądam mieć?

Tak mówiła, nieprzytomna, zda się, od uniesienia tajemnego, a kiedy posłowie dopytywać się poczęli: co jest takiego, czego by pragnęła? a oni o tym łasce Zwycięzcy skwapliwie doniosą, dorzuciła jeszcze te słowa, zgoła niezrozumiałe:

— Serca jego bym chciała, krwawego, czerwonego serca!

Był zaś między posłami chłopak jeden nieletni, co sam się teraz Marka o powrót dopraszał, za rodziną rzekomo stęskniony. Ten od początku — jakby w zachwyceniu — patrzył w twarz Ihezal, a kiedy mówić skończyła, nagle wyjął zza pasa żelazo krótkie i niepohamowanym ciosem wraził je sobie w gardło. Krew z otwartej rany buchnęła strumieniem, a on upadł na posadzkę, bijąc nogami.

Zrobiło się zamieszanie. W zdumieniu niesłychanym skoczono mu na ratunek, ale on ruchem ręki wszystkich oddalał, poglądając jeno z gasnącym uśmiechem w twarz złotowłosej dziewczyny... Dopiero kiedy Ihezal, ciekawością wstręt na widok konania przemógłszy, głowę pochyliła nad rannym, on, charcząc gardłem przebitym, szepnął z trudnością:

— Musiałem umrzeć, bom słowa twoje zrozumiał i zostawszy przy życiu, byłbym spełnił, czego żądałaś!

Więcej mówić nie zdołał. — Ihezal także już nie pytała. Odwróciła się z odrazą od konającego i wzruszając z lekka ramionami, odeszła w głąb z wyrazem niesmaku i politowania na ustach purpurowych.