— Po cóż by bowiem — mówił — Stary Człowiek miał się posuwać z trudem i w niebezpieczeństwie po martwej powierzchni Księżyca, kiedy musi istnieć pod powierzchnią wygodna komunikacja między ukrytymi osadami?
Linia czerwona pozostała tedy nadal niepokojącą członków Bractwa zagadką, powodem częstych, a niekończących się sporów pomiędzy gorętszymi wyznawcami Prawdy.
Jeden z nich, młodzieniec o rozwichrzonej czuprynie, który przemawiał był właśnie dzisiaj, w chwili gdy Roda przybył na zgromadzenie, wystąpił teraz z nową teorią. Utrzymywał on mianowicie, że jest to „linia niebezpieczeństwa”, jak się wyrażał... Nie droga przez Starego Człowieka przebyta, lecz droga na powierzchni do przebycia możliwa, której mieszkańcy Wielkiej Pustyni strzegą zapewne w ciągłej obawie powrotu „wydziedziczonych”...
Rzucił tę myśl jako przypuszczenie, w miarę jednak, jak mu zaczęto oponować, zapalał się coraz bardziej i upierał, aż w końcu począł uważać domysł swój za prawdę niewątpliwą i udowodnioną i żądał nawet, aby Bractwo wyciągnęło stąd praktyczne konsekwencje w celu dostania się bez pomocy „Zwycięzcy” do tajemniczego kraju pod Wielką Pustynią.
Wezwano Rodę do rozstrzygnięcia sporu.
Mataret, stojąc we drzwiach, patrzył przez chwilę, jak mistrz z niezmierną powagą zdanie swoje wygłaszał, wodząc palcem po rozłożonej mapie... Zrobił nawet ruch, jak gdyby się miał zbliżyć i posłuchać, ale uśmiechnął się tylko i rękę położył na klamce...
Długim, wąskim i ciemnym korytarzem dostał się niepostrzeżenie na ulicę. Była to najnędzniejsza dzielnica w mieście, siedlisko ubogich wyrobników, na wpół zaprzedanych w niewolę kupcom i fabrykantom mieszkającym w pięknych domach tam, w środku osady, w pobliżu świątyni i arcykapłańskiego pałacu. Lepianki marne i krzywe cisnęły się z obu stron ciasnej ulicy, opadającej w załomach ku morskiemu brzegowi. Kupy śmiecia walały się przed progami, gnijąc w żarze południowego słońca — zza rozwalonych opłotków sterczały więdnące badyle bujnych chwastów. W cieniu wylegiwało się kilka psów, zleniwiałych upałem.
Mataret przebiegł szybko zaułek, oglądając się, czy go kto nie widzi. Domyślano się, że jest członkiem tajnego Bractwa Prawdy, znienawidzonego zwłaszcza w tej dzielnicy, gdzie Zwycięzca miał najgorętszych wyznawców i zwolenników. Ludzie, w ciężkiej pracy i trudzie gorzkim żyjący, widzieli w tym jasnym ziemskim przybyszu nadzieję lepszej przyszłości i oczekiwali z niecierpliwością chwili, kiedy pokonawszy szernów, powróci zza morza, aby ład nowy na Księżycu zaprowadzić.
Ale dzisiaj nikt z okna nie wyjrzał ani nie rzucił przez zęby przekleństwa, mijając w przechodzie „pustyniarza”, jak pogardliwie tutaj członków Bractwa nazywano. Dzielnica, która zazwyczaj nawet podczas największych południowych upałów roiła się ludźmi, nędzą do pracy zmuszonymi, wyglądała jak gdyby wymarła. Dopiero na szerszym placu, skąd się już pięknie brukowane drogi ku śródmieściu poczynały, spotkał Mataret grupkę z kilku robotników złożoną. Stali w cieniu jakiegoś pustego kramu i rozmawiali żywo, z widocznym niepokojem poglądając ku morzu.
Z kilku zasłyszanych w przelocie słów Mataret wyrozumiał, iż stało się coś ważnego, co miało związek z wyprawą Zwycięzcy na południe. Przyśpieszył tedy kroku, zwracając się w stronę miasta, gdzie spodziewał się zasięgnąć pewnych wiadomości.