— Przecież to jasne. Co się z nami stanie wtedy, jeśli szernowie będą w końcu górą? Czy myślałeś o tym?

— Po cóż takie rzeczy przypuszczać!

— Zapewne. Ja tylko zastanawiam się, czy nie słusznie by było naprzód wesprzeć Zwycięzcę, a potem dopiero stawiać mu żądania...

— Odkądże to takie rzeczy przychodzą ci do głowy?

— Od niedawna. Ale mniejsza!...

Roda zamyślił się.

— Wszakże Jeret, mówiłeś, miał zebrać posiłki — rzekł po chwili.

— Tak, posiłki. Zapewne. Nie mówmy już o tym.

Roda kilkakrotnie jeszcze wracał uporczywie do tego tematu, ale Mataret już nie odpowiadał. Uśmiechał się tylko wedle zwyczaju i patrzył wyłupiastymi rybimi oczyma na góry czerniejące w dali na tle łuny pozachodniej, pomiędzy które wieść miała jutro ich droga...

Noc przepędzili na jednym miejscu w spokoju, nie posuwając się naprzód nie tyle z obawy mrozów, do których, jak wszyscy ludzie księżycowi, byli przyzwyczajeni, jak raczej z powodu nader obfitych śniegów, zaścielających cały kraj dokoła. Na tym puszystym i utrudniającym wszelki pochód całunie niepodobna się było orientować w nieprzeniknionej ciemności „księżycowej” nocy.