Roda wyciągnął rękę:

— Patrzcie na te głazy dookoła nas i pomyślcie o dziwnym obłędzie człowieka! Popęd samozachowawczy i żądza jedynie rozumnego szczęścia, księżycowego, ustępują czasem przed myślą fałszywą, a jednak zdolną wbrew naturze określić czyny człowieka. Pokolenia całe spędzały życie w tej tu kotlinie, modląc się do martwej gwiazdy srebrnej, i całe pokolenia patrzyły spod tych głazów zmarłymi oczyma na tarczę jej zmienną, wyczekując razem z żywymi posła stamtąd, Zwycięzcy...

— Czyżby nie przybył w istocie? — bąknął Mataret półgłosem, w myślach zatopiony.

Roda dosłyszał i odwrócił się żywo ku mówiącemu:

— Z Ziemi?

Zapanowało milczenie. Po chwili dopiero Mataret wstrząsnął głową i uśmiechnął się.

— Nie! mimo wszystko uważam to za niemożliwe.

Roda chciał coś odpowiedzieć, ale przerwał mu lekki okrzyk jednego z towarzyszów.

— Wóz! — wołał, wyciągając rękę w stronę zacienionej kotliny.

Odkrycie to wstrząsnęło wszystkich obecnych. Ci, którzy byli usiedli, zrywali się i biegli ku mówiącemu; tłoczono się i wytężano wzrok, aby zobaczyć ten upragniony cel wyprawy.