Kiedy nareszcie na spadzistym śnieżnym stoku wojsko się połączyło i szernowie zniknęli w szczelinach skał, pozostawiając jeno gęsty trup poza sobą, Jeret, ociekły krwią i potem, zbliżył się do Zwycięzcy, aby mu zdać sprawę z poselstwa... Marek jednak nie słuchał.

— Później, później — przerwał mu. — Czy to już wszyscy, którzy przybyć mogli?

— Pozostawiłem za Morzem Anasza. — Może jeszcze jutro nieco ludzi przywiedzie... o ile dojść zdoła...

— Dobrze. Na odpoczynek nie ma teraz czasu. Obejmij dowództwo nad tymi wszystkimi i prowadź za mną na tamtą stronę, do mego oddziału.

— Czy nie lepiej by było tamtych tu wezwać? — rzekł, myśląc o odwrocie do kraju, jeden z podwładnych Marka, dotychczasowy naczelnik wojska po tej stronie przełęczy.

Marek, nie odpowiadając, ruszył w górę.

Przebyto śnieżną przełęcz i spuszczono się na zawieszoną wśród turni halę, gdzie główna część wojska spoczywała. Nowo przybyli zaczęli się witać głośno ze starymi wojownikami, którzy ze swej strony radośnie ich przyjmowali, pewni, że ich przybycie zwiastuje im rychły powrót do ojczyzny. Zapomniano prawie o obecności ubóstwianego niedawno Zwycięzcy i trapiono się tylko, że długa noc nadchodzi, którą trzeba będzie tutaj jeszcze przeczekać.

Zwycięzca tymczasem przerwał rychło powitania i ku niezmiernemu zdumieniu wojska kazał natychmiast rozdzielać amunicję i formować się w szeregi. Żołnierze posłuchali z nałogu, ale szmer niezadowolenia przebiegł między nimi. Niektórzy skarżyli się już głośno, że z sił opadają, i parskali półgębkiem, że cała wyprawa była próżnym a krwią kosztownym szaleństwem.

Dosłyszał to Marek i jakby w odpowiedzi rzucił Jeretowi rozkaz ustawienia ludzi przy działach, z dawna przygotowanych. Potem, spojrzawszy na chylące się słońce, zwrócił się do wojska:

— Mamy czterdzieści godzin do zachodu. Wystarczy. Będziemy nocowali w mieście szernów.