— Zwycięzca?

— Jest z nami. Oto te sanie środkowe...

— A reszta? Tamci pierwsi i Jeret?

— Zostali.

— Żywi?

— Tak. Choć legło wielu. Żywi zostali załogami w zdobytym kraju na równinach... I ja tam rychło powrócę.

W tej chwili i Markowe sanie osadziły się na miejscu, ryjąc przodem okutych płóz szeroką bruzdę w nadbrzeżnym śniegu. Żołnierze zaczęli wyskakiwać spod skórzanych nakryć i wznosić radosne okrzyki. Wreszcie wyszedł i Marek. Spostrzegłszy Malahudę, rzucił się żywo ku niemu.

— Starcze, szukać cię wszędy313 kazałem...

Były arcykapłan dał znak ręką.

— Pomówimy teraz. Wcześniej nie było można. Każ, panie, tym ludziom jechać wprost do miasta, dopóki lód przed wschodem trzyma. Ciebie później łodzią odeślę.