— Ha, trudno! tak się widocznie musiało stać.

Ale czuł, że to fatalistyczne zdanie ustami tylko wypowiada na zagłuszenie myśli, która mówi co innego...

A ta myśl...

— Ihezal...

Tak, to imię płacze w nim od dawna, od chwili kiedy pomyślał o powrocie już nieodwołanym...

— O! ptaku, ptaku mój złoty!

Żal jakiś straszliwy zatargał mu wnętrzności, że aż zębami chwycił dłoń ręki, aby nie krzyczeć...

— Przebacz mi, przebacz... — zaczął po chwili szeptać do siebie, jak gdyby ona przed nim stała. Nie umiał sobie jasno uświadomić, za co ją przeprasza, ani też swojej rzeczywistej czy urojonej winy określić, ale czuł, że chodzi tu o jakieś zniweczenie snu od tęcz kraśniejszego, o jakieś pokalanie rzeczy białych przez to po prostu, że ich się w ręce i na pierś nie wzięło, o życie strwonione, może — o przepadłą... miłość...

Myśl jakaś samolubna powtarza mu ciągle, że przecież on złego nic nie uczynił i nie wie nawet, skąd ta dziwna zmiana zaszła w dziewczynie i na czym ona polega, ale czuł wbrew tej myśli, że od niego tylko zależało, aby ona była jak najwonniejszy kwiat, a że teraz jest czymś tak niepojętym i strasznym...

Chciał zagłuszyć te wszystkie rozterki wewnętrzne pracą około przygotowań do podróży i myślą o Ziemi radosną, ale robota szła mu niesporo341 i wspomnienie Ziemi jakąś martwą, szarą mgłą się pokrywało przed jego oczyma.